Dlaczego czasem opłaca się zgubić. (część 14)

Oburzona wychodzę z samochodu i poganiam Michała, który mimo wszystko próbuje się z kierowcą jakoś dogadać. Ostatecznie rezygnujemy ze wspólnej podróży i odchodzimy bez pożegnania. Co my teraz mamy zrobić? Robi się ciemno i jesteśmy w miejscu, gdzie nie da się ani łapać stopa, ani spytać kogoś o drogę - ledwo udaje nam się przejść przez ulicę, bo kierowcy jeżdżą jak szaleni.

Taplając się w błocie w końcu docieramy do przystanku autobusowego. Szkoda, że nie mamy już żadnych lirów... Michał zagaduje po angielsku bezzębnego dziadka, który stoi obok. Ten uśmiecha się tylko swoim bezzębnym uśmiechem i kiedy podjeżdża minibus, każe nam wejść do środka. Mówimy o tym, że nie stać nas nawet na bilety, ale to chyba po prostu kolejna podróż za jeden uśmiech - tym razem bezzębny. Pasażerowie i dwóch młodych kierowców nie mają pojęcia, co oznacza 'no money', 'autostop', 'Poland', ale jakoś udaje nam się uzgodnić, że chcemy się dostać do obwodnicy. Tak, znowu do TEJ obwodnicy.

Tracimy kolejne minuty. Kiedy dojeżdżamy do pętli, jest już ciemno. To tu podobno jest droga na Edirne. Pytamy o drogę młodych Turków i idziemy w kierunku przejścia nadziemnego. Po drodze mijamy galerię handlową. Zaraz... skądś znam to miejsce. Ach tak! To tutaj byliśmy dwie godziny temu.

Zaaferowani wyjazdem ze Stambułu zapomnieliśmy o tym, że czasem trzeba jeść. Robimy krótką przerwę w Burger Kingu - to niesamowite, że nawet pracownicy restauracji - ludzie w mniej więcej naszym wieku - nie rozumieją niczego z angielskiego.

Nie mamy zbyt wielu opcji. Przez chwilę rozważamy powrót do Cana, ale dobrze wiemy, że musimy się spieszyć na drugi semestr studiów. Postanawiamy więc łapać tu, gdzie jesteśmy - czyli znowu w centrum. Stoimy na chodniku i machamy, chociaż w sumie skoro na ulicy nie ma nawet miejsca, żeby położyć plecaki, to jak ma się tu zatrzymać auto?

Mimo wszystko kilku kierowców okazuje odrobinę zainteresowania. Niestety są albo miejscowi, albo jadą w innym kierunku.

Przypominam sobie chwile, w których czułam się tak samo bezradna. Czarnogóra. Podgorica! Zdecydowanie równie beznadziejna sytuacja. Wtedy na kartce z zeszytu napisałam 'HELP' i siedziałam tak pod parasolem na stacji benzynowej. Zadziałało? Musi zadziałać i teraz.

Rozwijam karimatę i próbuję zrobić napis. Niestety, marker już prawie nie pisze, a karimata jest cała mokra. Stoimy więc dalej.

I oto jest! W każdym kiepskim momencie autostopowania pojawia się człowiek, którego można nazwać bohaterem. Człowiek który sprawia, że na wspomnienie tamtego dnia się uśmiecham, a wpis na Podróżach za jeden uśmiech znowu pachnie optymizmem.

Zatrzymuje się mężczyzna, który nie zna angielskiego. Mimo wszystko szybko udaje nam się ustalić, że wywiezie nas do drogi na Edirne. Wsiadamy do całkiem wypaśnego samochodu i wiemy, że tym razem się uda. Musi się udać, bo jest już godzina 20.

Turek - mimo braku wspólnego języka - opowiada nam o sobie, pokazuje filmiki jak jego syn rzuca piłką, oglądamy też zdjęcia jego domu (taka mała popisówa w tureckim stylu, 'patrzcie, jaki ze mnie bogacz). Nie wiem gdzie jedziemy, ale krążymy w kółko ciemnymi uliczkami i na nasze sugestie o obwodnicy słyszymy tylko, że najpierw trzeba zjeść, później można jechać (to akurat zrozumiałam!). Dzwoni też do brata, który podobno 'zna angielski'.

Spieszy nam się do granicy bo może i dobrze, że w końcu dojedziemy do dobrej drogi, ale co nam po niej, skoro będzie środek nocy. Niby łapać po ciemku przy głównej trasie nie jest źle, ale spać też kiedyś trzeba - zwłaszcza po takim dniu.

Wszystko jednak na nic. Przecież jesteśmy w Turcji, a w Turcji zanim cokolwiek się zrobi, trzeba solidnie się najeść. I wypić czaj.

Cały czas jeździmy w kółko. Mijamy kilka placów budowy i wysłuchujemy dumnego 'to moje', 'to moje', 'to też moje'. Już wiemy, czemu 'hajs się zgadza'.

Żeby poziom naszego zachwytu nie opadł, przy jednej budowie Turek trąbi - z budki wychodzi strażnik - i dostaje przy nas wypłatę. Szelest banknotów i przeliczanie ich trzykrotnie - obowiązkowo! Jak lans, to lans.

Po jakimś czasie docieramy do restauracji. Mówimy milion razy że nie jesteśmy głodni, że nie mamy lirów i tak dalej - oczywiście takie gadanie nie ma tu znaczenia.

Zamawiamy coś w stylu długich zapiekanek (oczywiście na tutejszej, kebabowej wersji 'pieczywa') z różnymi dodatkami - z mięsem, z pieczarkami, z zieleniną. Chyba byłam byłam zmęczona, żeby pamiętać o rytualne fotografowania posiłku. Dawno nie było obrazków, dlatego oto fotka prosto ze strony sieci restauracji:


Rozmawiamy o różnych rzeczach... na marginesie: próbowaliście kiedyś rozmawiać z człowiekiem, kiedy jedyne słowa jakie znają obie strony to 'coca-cola', 'dziękuję', 'chcemy dojechać do Polski'?

Tradycyjnie wymieniamy się adresami na Facebooku, numerami telefonów i otrzymujemy zaproszenie na wakacje, kiedy to z całą jego rodziną zostaniemy obwiezieni po całym kraju.
W pewnym momencie nasz Turek wydaje się być zmartwiony. Łapie się za głowę i intensywnie nad czymś myśli.

- Ile kosztuje bilet lotniczy do Polski?

Uznając to za zwykłe pytanie, podajemy cenę. Długo się zastanawia.

Wyciąga 100 tureckich lirów z portfela (prawie 200zł) i mówi, że to na drogę powrotną. Szybko odmawiamy, tym bardziej, że nigdy nie dostawaliśmy tylu pieniędzy jadąc stopem. Ale co Turek raz powiedział, nie może być odwołane - dziękujemy i zbieramy się do dalszej drogi.

Nasza autostrada znowu biegnie góra-dół, więc żeby się do niej dostać, schodzimy po stromym zboczu pełnym błota. Dziękujemy za pomoc i żegnamy się.

W końcu jest! Tym razem obwodnica już nie przypomina zwykłej drogi w centrum miasta, a prawdziwą wylotówkę.

Tu urywają się moje zapiski.

Prześlij komentarz

.