Przez bośniacką mgłę - Czarnogóra, część 9.

Włoska rodzina wwozi nas do Bośni i rozstajemy się przy stacji benzynowej pośrodku odludzia. Ostatni raz obkupuję się w tanie piwa i wyroby tytoniowe i rozpoczynamy dalsze autostopowanie. Zatrzymuje się chyba każde auto, ale mając wątpliwości co do intencji i stanu trzeźwości kierowców, postanawiamy poczekać odrobinę dłużej. Po kilku minutach zatrzymuje się tir, a jego kierowca to przesympatyczny Bośniak, który przewiezie nas przez prawie cały kraj. Padają też podejrzenia dotyczące mojej osoby, że mam 14 lat, a moi rodzice są z Włoch.


Z naszym szoferem do dzisiaj piszę na Facebooku, ostatnio napisał mi, że bardzo mu się podoba blog i odwiedza go, mimo że nie zna polskiego. Bośniackie lajki zawsze w cenie. Nihad - jeśli to teraz czytasz, gorące pozdrowienia z Wrocławia! :D

Wieczorem dojeżdżamy do miejsca, w którym kierowca kończy pracę. Jesteśmy przy głównej drodze krajowej, która standardowo leży /in the middle of nowhere/.

Jest ciemno, na stacji kupuję najbardziej obrzydliwą podróbkę kinder bueno jaką przyszło mi jeść [nawet niska cena mnie nie przekonała]. Łapiemy, bo przecież jakie mamy inne wyjście? Nastraszeni opowieściami o Bośniakach-kryminalistach nie widzimy dla siebie żadnego miejsca na rozbicie namiotu. Powoli przymarzam do zimnego asfaltu, kiedy nagle uderza do nas fala podejrzanych kierowców zajeżdżających na stację. 'A gdzie jedziecie?', 'jak Wam pomóc?', 'gdzie Was zawieźć?'. Nigdzie, nie chcę jeszcze umierać.

Z czasem zainteresowanie obcych ludzi staje się uciążliwe i irytuję się, kiedy jakiś facet każe nam iść za nim. Mimo wszystko zbieramy rzeczy i już po chwili siedzimy na starych, metalowych krzesełkach, a na nieduży stolik przed piekarnią 24h zostają wnoszone moje ulubione bułki z ciasta francuskiego i ze słonym, białym serem. Wszystko przed chwilą wyszło z piekarnika, mój żołądek zaczyna wydawać dziwne odgłosy, a właściciel piekarni na hasło 'no money' macha tylko ręką i uśmiecha się przyjaźnie. Rzucamy się na tłusty, kaloryczny i absolutnie przepyszny posiłek. Dostajemy też wodę w plastikowych kubeczkach, ale ani naczynia, ani ich zawartość nie budzą naszego zaufania. Kiedy chcemy się zbierać [jest po 23.], pan nalega [oczywiście po bośniacku], żebyśmy zostali dłużej. W żartach mówię, że pewnie woda jest zatruta albo jest w niej pigułka gwałtu, Damian podłapuje temat i ukradkiem wylewamy całą zawartość do doniczki koło stolika.

Na pożegnanie dostajemy jeszcze całą reklamówkę bułek o fiksuśnym kształcie. Idziemy ponownie na drogę.

Budzę się o 7. rano. Jest zimno, Damian jeszcze śpi, leżę owinięta śpiworem na drodze, obok mnie porozrzucane rzeczy. To cud, że nic nam się nie stało. Nie zasypiajcie nigdy w ten sposób. W ogóle łapiąc stopa w nocy nie zasypiajcie.


wtorek, 18.09.2012.
Z pechowego miejsca zabiera nas około 30-letni Bośniak, który widząc, że jesteśmy z Polski mówi: 'siema ziomek!'. Przewiezie nas do miejsca, które jest 20km od granicy z Chorwacją, czyli około 70km. Na pytanie czy chce bułkę odpowiada - uwaga, cytuję - 'all I need in the morning is joint'. Damian usypia a ja prowadzę jakże ciekawą konwersację o marihuanie. Kierowca jest z Kosowa, 5 lat siedział w niemieckim więzieniu. Dowiaduję się też, że mam ładne dłonie. I kolejny raz słyszę, że jestem Hiszpanką lub Portugalką.

Pogoda jest tak paskudna, że robię tylko jedno jedyne zdjęcie.


Jesteśmy przed Dobojem - na północy Bośni. Po około 20 minutach łapania na kartkę Damiana 'HR' [Chorwacja], zatrzymuje się młoda kobieta. Pierwszy raz w życiu bierze kogoś na stopa, teraz jedzie do Zagrzebia, mieszkała w Krakowie przez pół roku. Kupuje nam na stacji benzynowej wodę i przepyszne, trójkątne kanapki ze wszystkim, nawet oliwkami!

Nie chcemy wjeżdżać do stolicy Chorwacji, więc prosimy o wyrzucenie kawałek przed - odbijemy wtedy na Budapeszt i spokojnie wrócimy do Polski. Nie dla nas jednak spokojne powroty. Kristina zostawia nas zaraz za bramkami na autostradzie i stoimy na drodze, która ma z 8 pasów i jest oznakowana wielkim zakazem zatrzymywania się oraz tabliczką 'AUTOSTRADA'. Takie momenty mogą skończyć się tylko jednym: spotkaniem z policją.

Po kilku minutach podjeżdża pierwsze auto i z iskierką nadziei w sercu powoli podchodzę. Wysiada człowiek w średnim wieku i wyjmuje żółtą kamizelkę z najgorszym napisem świata. Policja.

Prześlij komentarz

.