Stopowiczów pokonała burza - Czarnogóra, część 6.

Burza stulecia, siedzimy w Podgoricy pod wielkim parasolem coca-coli i machamy kartką 'HELP'. Damian próbuje nawet znaleźć ratunek u czarnogórskiego policjanta, który siedzi w pomieszczeniu stacji benzynowej i z dumą pali papierosa pod naklejką 'zakaz palenia'. Bez skutku.

Ku mojemu zdziwieniu podchodzi do nas pan w zielonej kurtce i pyta, jak może nam pomóc. Przedstawiamy całą sytuację i po chwili siedzimy w ciepłym, niedużym aucie. Jeździmy od hostelu do hostelu, od dworca do dworca, sprawdzamy rozkłady i ceny biletów do Belgradu - znowu chcemy się poddać. 22 euro za podróż przekonuje nas jednak, że nie opłaca się wracać do Serbii. Krążymy po całej Podgoricy i słuchamy opowieści, jak to nasz wybawca objechał świat na motocyklu. Przy okazji zareklamuję stronę wyprawy: www.theridearound2010.me

Kierowca daje nam swój numer i umawiamy się, że o 7:15 przyjedzie po nas i wywiezie na wylotówkę, a ja ostatecznie decyduję, że spędzimy upojną noc razem z innymi bezdomnymi w budynku dworca autobusowego. Krótka dokumentacja w postaci nieostrego zdjęcia (musiałam się kryć ze sprzęcichem, coby mnie nie okradli).



Mina Damiana mówi sama za siebie. Ja natomiast porządnie się wyspałam i byłam naprawdę zadowolona. Podobno w nocy obudził mnie jakiś facet, któremu powiedziałam, że czekamy na poranny autobus i mamy już nawet na niego bilety. I wcale nie śpimy tu jak żule. Całego zajścia rano kompletnie nie pamiętam i zakładam, że nawet policja próbująca nas stamtąd wyrzucić nie dałaby rady mnie wybudzić.

Dzięki pomocy dobrego człowieka od samego rana łapiemy stopa nad morze. Napiszę jeszcze tylko krótko że Podgorica jest najśmieszniejszą stolicą, w jakiej byłam, bo przypomina raczej dużą wioskę i nie ma nawet 2 razy więcej mieszkańców, niż moje rodzinne Pabianice.



Złapanie stopa do Budvy - naszego autostopowego celu - to bułka z masłem. Szkoda, że nad otaczającymi nas górami piętrzą się chmury, a chodniki jeszcze nie wyschły po wczorajszej ulewie. Mimo wszystko widoki morza są po prostu nieziemskie.



Pierwsze przywitanie się z brudnym morzem i śniadanie w deszczu nie wydają się być dobrą zapowiedzią do pobytu w naszym 'raju'...



Znajdujemy schronienie, tradycyjnie, na stacji benzynowej - połączonej z kawiarnią, której pracownice ochoczo zapraszają nas na wygodne kanapy, mimo że pod mokrymi plecakami i kurtkami tworzą się kałuże. Opowiadam naszą tragiczną historię i dostajemy colę, śliwki, wrzątek, jedzenie, a Damian nawet darmowe rogaliki.

W Czarnogórze ceny na stacji są takie, jak w sklepach, a paczka fajek kosztuje trochę ponad 4zł.

Aaa, właśnie! Całe deszczowe przedpołudnie spędzamy ciesząc się dostępem do wifi!



Kiedy się wypogadza, zostawiamy bagaże w pokoju dla pracowników i Damian siłą wyciąga mnie na spacer. I bardzo dobrze, bo powoli wychodzi słońce!



Tu morze jest już czyste. Niebo nie jest bezchmurne, ale słońce grzeje jak należy. Początkowo od czasu do czasu kropi, dlatego wbiegam do morza z parasolką.



Podczas spaceru nabijam sobie ogromnego guza, próbujemy burka - nie jestem zbyt obcykana w kwestii gotowania, ale na mój gust było to ciasto francuskie z serem i mięsem, podane na ciepło.

I na Bałkanach już we wrześniu opadają pierwsze liście...

Prześlij komentarz

.