Ibarska magistrala. Mknąc przez serbskie góry - Czarnogóra, część 5.

Tak proszę pana, widzieliśmy film 'Autostopowicz'. To świetnie, że mimo wszystko postanowił pan zabrać w środku nocy dwóch potencjalnych morderców. Mam nadzieję, że nie chce pan odwrócić ról i wywieźć nas do lasu.

U młodego Serba od razu diagnozuję ADHD, słowotok, nadmierną gestykulację, a ponadto wyjątkowo urocze usposobienie i masę pozytywnej energii. Rzadko trzyma kierownicę, czasem prowadzi kolanem, wykonuje ruchy z prędkością światła i nawet klepie Damiana po ramieniu w ramach polsko-serbskiej przyjaźni. Jedziemy z nim około 60km, w aucie, którym nie wolno przewozić pasażerów, bo jest całe zapakowane puszkami z jakąś śmierdzącą substancją (po godzinie jazdy chyba trochę można się nią przyćpać - moje subiektywne wrażenie). Opowiada nam o swoim życiu, o byłych dziewczynach, obecnej narzeczonej, zaprasza nas na ślub w przyszłym roku i cały czas powtarza, że 'jeśli robisz w życiu dobre rzeczy, to dobre rzeczy wracają do Ciebie'. Tak w temacie: polecam obejrzeć 'Podaj dalej'.

Zatrzymujemy się, tradycyjnie, przy stacji benzynowej. Przechodzimy za nią i przedzierając się przez krzaki trafiamy na ściernisko otoczone: drogą, krzakami, krzakami i polem zbóż. Idealne miejsce na namiot.


Wieczorem świętujemy przedarcie się do Serbii, delektując się chyba najbardziej popularnym piwem na Bałkanach: Jeleń, oraz jedząc równie modne w tamtejszych rejonach ciasteczka Plazma. Warto dodać, że Plazma posiada komplet witamin oraz 'gwoździe':




Dzień czwarty, 13.09.2012
Rano, kiedy odmawiam współpracy z Damianem i nie chcę wstać o 6:30, mój towarzysz podróży wybiera się na spacer i odkrywa rzekę. Być może była to Ibar, bo właśnie przeczytałam, że płynie wzdłuż naszej 'ibarskiej magistrali' (to w sumie nawet ma sens...).


Po chwili łapania zatrzymujemy serbskiego kierowcę tira, który daje nam czekoladę 'eurocrem' (jest w każdym bałkańskim kraju, a produkty tej firmy udają Nutellę). Sam twierdzi, że jemu słodycze do szczęścia nie są potrzebne i całuje paczkę białego Marlboro. Całą drogę rozmawiam z nim w jego ojczystym języku, co z uśmiechem na twarzy komentuje: 'ona dobre zna serbsky!'





Powoli wjeżdżamy do południowo-zachodniej części kraju i zachwycamy się górzystym krajobrazem. To dopiero przedsmak tego, co czeka nas w Czarnogórze. Wysiadamy niedaleko miejscowości Čačak, gdzieś między serpentynami owijającymi góry. Oprócz absolutnie najdzikszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałam, i oczywiście rzeki Ibar, spotykamy się z dwoma wieśniakami, którzy przedrzeźniając nas też próbują łapać stopa. Mam ochotę im nakopać, ale całkiem bawi mnie kiedy pytają, czy jestem Francuzką (po drodze dowiem się jeszcze, że moi rodzice muszą być z Hiszpanii, że wyglądam jak Portugalka, albo mam włoskie korzenie). Nie. Polka z krwi i kości.



Z zadupia zgarnia nas dwóch Serbów, do Pożegi.


Malutkie serbskie miasteczko, właściwie nazwałabym to wioską. Jeszcze bardziej odczuwam bałkański klimat, kiedy w sklepie udaje mi się poprosić o rakiję. Ekspedientka wyjmuje ją spod lady i pokazuje, że wszyscy ją uwielbiają. Pierwsza poważna alkoholowa inwestycja - pół litra wódki za około 12zł.


Pierwszy raz od niepamiętnych czasów podczas autostopowej podróży dopada mnie deszcz. Bunkrujemy się pod parasolkami przed stacją, gdzie jemy spóźnione śniadanie i dokarmiamy malutkiego, serbskiego kotka.


Po długim odpoczynku wychodzimy na drogę. Kierowca dużej czarnej Hondy oznajmia, że to nasz 'lucky day', bo jedzie... do Podgoricy.



Na Czarnogórę!
Mkniemy 100km/h przez ostre zakręty, widoki urozmaicają poprzewracane auta. udaje mi się uchwycić tylko tira, który skosił barierkę.



I obiecane widoki uchwycone podczas jazdy przez przyciemniane szyby - zdjęcia moje i podkradzione od Damiana:




Przejście graniczne. Całe szczęście nie chcieli nas przeszukiwać!

Po całym dniu jazdy zostajemy odstawieni - tradycyjnie - na stacji benzynowej w stolicy Czarnogóry - Podgoricy. Chciałabym napisać, że było ciemno, ale niebo co chwilę robiło się fioletowo-zielone, kiedy przeszywały je błyskawice. Podczas ulewy chowamy się pod parasolkami, a ja biegnę do supermarketu - niby w Czarnogórze też mówią po serbsku, ale dziwny dialekt pokonuje moje zdolności lingwistyczne i tym razem po angielsku próbuję się dogadać z panią przy stoisku mięsnym, żeby spakowała mi trochę mniej salami. Udaje nam się dogadać i po godzinnym buszowaniu pomiędzy regałami jedzenia wracam do Damiana. Bez żadnych perspektyw desperacko wykonuję ostatnią tego dnia tabliczkę:


Prześlij komentarz

.