Belgrad nocą musi być piękny - Czarnogóra, część 4.

Dzień trzeci, 12.09.2012
Po nocy obok rodziny cygańskiej ze smutkiem odkrywam, że nasz policjant skończył już pracę i musimy sobie radzić z łapaniem stopa sami. Ustawiamy się przy wyjeździe ze stacji i od razu zatrzymują nam się rumuńscy nastolatkowie - kierowca i 4 pasażerów. Po angielsku oznajmiają, że kierowca zostawi tu swoich kolegów i zawiezie nas gdzie tylko zechcemy. Oczywiście wcale nie za pieniądze. Ach ci wspaniałomyślni Rumuni.

Nasz dialog Damian podsumowuje krótkim 'ale ich spławiłaś!'. Chwilę później łapiemy starszego Węgra, który przewiezie nas przez granicę. Oczywiście rozmawiam z nim po węgiersku. Udaje mi się też prawie zgubić namiot.

Damian podbiega do czeskiego tira, który stoi na czerwonym. Kierowca to Rumun, który zgadza się nas powieźć nad Balaton - jezioro na Węgrzech [poddaliśmy się i powoli wracamy w kierunku Polski].

Zatrzymujemy się na chwilę na stacji benzynowej za Szegedem i szybko podejmuję prawdziwie męską decyzję - wysiadamy. Już raz mnie Serbia pokonała - gdy jechałam do Grecji i wylądowałam we Włoszech. Nie pozwolę na to znowu.


Tu gdzie wczoraj
Dziękujemy kierowcy, który nie do końca rozumie, dlaczego wysiadamy. Przebiegamy na drugą stronę autostrady skacząc przez jakieś barierki i biegniemy do stacji benzynowej naprzeciwko, żeby z powrotem łapać w kierunku Serbii. O dziwo jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu, z którego wczoraj wyjechaliśmy do Rumunii.

A, po drodze ze stacji na stację prawie wpadam pod busa, który zahaczył o mój plecak kiedy biegłam. Na szczęście żyję.

Prosimy polskich kierowców tirów, żeby krzyczeli na cb radio o dwóch zagubionych Polakach, którzy chcą jechać na południe Serbii. Machamy flagą i podchodzi do nas Ukrainiec, który pracuje w naszym kraju i podobno nawet mówi po naszemu. Znajduje nam Polaka, który jedzie do Macedonii. Bez entuzjazmu, radości i fajerwerków, ale zgadza się zabrać nas do granicy z Serbią. Staje w niekończącej się kolejce tirów, a my z Węgier do Serbii ruszamy pieszo. Po drodze, słysząc rozmowy w ojczystym języku, zagaduje nas kilku kierowców 'a gdzie wy tak idziecie'. No do Czarnogóry, proszę pana, Czarnogóry.


Kilometrowy spacer w pełnym słońcu i przejście dwóch granic zostają udokumentowane pamiątkowymi 'pokemonami', czyli stempelkami do paszportu. Nowy życiowy cel: złapać je wszystkie.

Kawałek za budkami strażników widzimy sylwetkę machającego człowieka z plecakiem. Na początku mnie to cieszy, ciekawie zintegrować się z innym autostopowiczem. Zmieniam szybko zdanie kiedy dostrzegam w nim konkurencję i ustawiamy się jakieś 150m przed nim. Może i podłe, ale decyzja jest świetna - ledwo wystawiamy kciuk i na pobocze zjeżdża Węgier, który służbowo jedzie do Belgradu.


Rozmawia nam się naprawdę rewelacyjnie, dyskutujemy absolutnie o wszystkim. Serwuję mu nasze powiedzenie 'Polak, Węgier...' po węgiersku, a kierowca przeprasza nas z uśmiechem na twarzy, bo 'akurat nie ma alkoholu'.

Serbia, której się bałam.

Wysiadamy 30km przed stolicą Serbii. Robię pierwsze rozeznanie i rozmawiam z pracownikiem stacji benzynowej o rodzajach rakii, a następnie otrzymuję pierwszy poważny opieprz od wc-babki, która uważa, że mycie włosów w umywalce kosztuje 2 euro.

Łapiemy na autostradzie. Stoimy tam 4 godziny. W międzyczasie podjeżdża policja, która na nasz widok zaczyna radośnie trąbić i machać. Drugi radiowóz zatrzymuje się obok nas i już szykuję 5 euro łapówki za łapanie w niedozwolonym miejscu, kiedy panowie po prostu są ciekawi skąd jedziemy, dokąd, jak nam idzie łapanie. Zalecają też przesunięcie bagaży, bo stoimy w niebezpiecznym miejscu. Przesuwamy plecaki o kilka centymetrów i machamy nowo poznanym Serbom.

Po tłumach Turków, którzy zatrzymywali się po to, żeby zaproponować egzotyczny Istambuł albo po prostu odpowiedzieć swoim bełkotem i niezrozumiałymi gestami na pytanie 'do you speak english?', z drogi zbiera nas dwóch młodych Serbów. Wjeżdżamy do Belgradu, odwozimy jednego z nich i robię z siebie idiotkę, kiedy jadąc przez stare miasto mówię, że lubię ten kraj, bo tu nawet stolica jest dzika i mało nowoczesna. Po chwili wjeżdżamy do właściwej części miasta i widzę centrum. Na moich zdjęciach nic nie widać, więc wrzucam kilka z internetu. Belgrad to kolejne miejsce, do którego muszę wrócić i zostać tam dłużej.





A! Nie dajcie się zwieść nazwie lokalu w centrum miasta 'coffee shop'. Można tam kupić naprawdę tylko kawę...

Zostajemy wywiezieni na  Ибарска магистрала, czyli 'iberską magistralę' - drogę do zachodniej części Serbii oraz do Czarnogóry. Jest tak ciemno, że kiedy łapiemy przy stacji benzynowej prawie wjeżdża w nas terenówka. A teraz napiszę, że w ciągu dnia śmiałam się z Damianem, że będziemy pytać kierowców, czy widzieli film 'Autostopowicz' (horror, jest słaby więc zaspojluję: wszyscy wszystkich zabijają). Po jakichś 10 minutach pośrodku pustej drogi zatrzymuje się młody Serb, który zadaje nam urocze pytanie: widzieliście film 'The Hitcher'?

Prześlij komentarz

.