Szalony kierowca z Turcji - Czarnogóra, część 3.

Z Norwegiem, który wiezie nas do Rumunii - a dokładniej do Aradu - próbujemy porozumieć się łamanym angielskim połączonym z migowym i pismem rysunkowym. Mijając granicę węgiersko-rumuńską widzę absolutny sajgon i kilkukilometrowy sznurek tirów.

Niestety komfortowa jazda dużym busikiem kończy się nie na drodze lecącej na południe kraju, tylko przed wjazdem do miasta, pomiędzy opuszczonym rondkiem a autostradą, która nad nim biegnie. Od razu podjeżdżają do nas Rumuni na rowerach i pytają, czy mogą nam jakoś pomóc. Jasne, jeśli zawiozą nas do Timisoary, to tak. Reagują zdziwieniem i odjeżdżają.


Przeskoczmy na autostradę!
Damian chyba też traci nadzieję i postanawia, że będziemy łapać na autostradzie. Wdrapujemy się po wąskich schodkach i skaczemy przez barierki. Stoimy tak przez chwilkę żałośnie machając do aut, które mkną 200km/h, a ja tylko wypatruję policji, która od razu zawołałaby od nas 10euro do kieszeni.

Kiedy mój lament 'skończymy-w-rumuńskim-areszcie' przemawia do Damiana, wracamy zrezygnowani na rondo. Zatrzymuje nam się młody Rumun, który - mimo że sam z siebie stanął na środku ronda, nie jest chyba zbyt zadowolony z tego, że MUSI nas stąd zabrać.

Jedziemy autostopem. Do Aradu. I z powrotem.
Kiedy Damian śpiewa mi tę krótką piosenkę zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że zaraz wrócimy do punktu wyjścia. Rozstajemy się ok. 10km przed granicą, na stacji benzynowej, gdzie znaleźć można wychudzone bezdomne psy, tonę kurzu i dziwnych pracowników stacji, którzy sprawiają wrażenie naprawdę niedorozwiniętych. Kolejny raz woda z kranu budzi we mnie ogromne obawy, więc zaopatrujemy się w mineralną - drogą jak cholera - i ruszamy łapać cokolwiek, byleby jak najszybciej stąd uciec.

Robi się ciemno, a my stoimy za zakrętem i tylko czekam, aż coś nas rozjedzie - i na tym skończą się moje wojaże. Nie liczymy na to, że zatrzyma się tir - żaden przez granicę nas nie weźmie, bo tam kontrola jest oczywista. Ku mojemu zdziwieniu zatrzymuje się właśnie ciężarówka, a do tego... turecka.

Kierowca to prawdziwy Turek z krwi i kości, z którym ni cholery się nie dogadasz nawet na migi, a o angielskim - zapomnij. Wsiadamy do kabiny, w której jest absolutnie wszystko - dziesiątki gazet typu 'Fakt', owoce porozrzucane pomiędzy nimi, a także ubrania, ręczniki i prezerwatywy.

Drogą prób i błędów wspólnie ustalamy, że pan jedzie do Austrii. Jak już wcześniej wspomniałam, przy granicy czeka nas kolejka tirów - podczas czekania siedzimy w ciepłej kabinie uczymy się kilku tureckich słów, czytamy turecką prasę. Dobrze że ugryzłam się w język i nie popełniłam historycznego faux pas, kiedy chciałam zagadać i spytać, czy Turcy znają Jana III Sobieskiego...

Nasz kierowca ma w poważaniu przepisy, kulturę na drodze i wszystko, co związane jest z ładem i porządkiem. Do tego stopnia, że kiedy stoimy w kolejce, gdzie każdy ma wyłączony silnik i przemieszcza się 50 metrów w kwadrans, on postanawia pieprzyć system i utworzyć środkowy pas - pomiędzy sznurkiem ciężarówek stojących zarówno w jedną, jak i drugą stronę.

Uwierzcie mi, że warto było zabłądzić do Rumunii i stracić nadzieję na jakiś czas, żeby móc jechać z tym kierowcą. Sytuacja wyglądała niesamowicie, kiedy na wąskiej drodze jedziemy na czołowe z innymi tirami, które chcąc nie chcąc lądowały przez nas na poboczu. Emocje rosną kiedy z obu stron pojawiają się osobówki, które wcale nie muszą stać w korku i momentami zwykła droga ma 5 pasów.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nasz Turek nie trafił w końcu na jadących z naprzeciwka Polaków. Nie zgadzają się zjechać w krzaki żeby zrobić nam miejsce, bo wiozą coś wyjątkowo ciężkiego. Da się zrozumieć. Trochę gorzej kiedy w wojnie turecko-polskiej zaczynają padać bluzgi, a my wszystko rozumiemy (najpopularniejsze połączenie: 'Ty [brzydkie słowo] kebabie'.


Spotkanie z policjantem numer 1.
Kiedy po długiej awanturze na drodze z udziałem kilku kierowców udaje się odblokować trochę ruch, Turek postanawia... dalej jechać pod prąd. Czuję się jak w filmie albo grze komputerowej i absolutnie nie mogę uwierzyć w to, że wszystko dzieje się naprawdę. Szalona przejażdżka kończy się, gdy dojeżdżamy do początku kolejki ciężarówek i, oczywiście, zgarnia nas policjant. Szybko maskuję Damiana na łóżku, żeby nie było, że jest nas w kabinie za dużo, ale kierowca takimi szczegółami się nie przejmuje. Zjeżdża na bok i oznajmia nam, że idzie tu spać, więc musimy radzić sobie sami. Wysiadamy na kolejnym zadupiu i spacerujemy wśród tirów, szukając Polaków. Niestety...

Wędrując z bagażami w jedną i drugą stronę szybko stajemy się lokalną atrakcją turystyczną. Nawet zaczynam się cieszyć, gdy podchodzi do nas rumuński policjant, który trochę ZNA ANGIELSKI. Idąc tropem przygód w Grecji pytam wprost, czy złapie nam stopa na Węgry. Zgadza się, ale pod warunkiem, że pójdziemy teraz spać, bo musimy być wypoczęci, a nie ma sensu jechać w nocy. Wspomnę tylko, że rozbijanie namiotu 'na dziko' w prawie każdym kraju jest nielegalne, a nam sam funkcjonariusz każe rozbić się właśnie tu, na przejściu granicznym.

Kilka metrów od nas stoi czarna audica, a przed nią, na folii rozłożenej na betonie (!), śpi cygańska rodzina poprzykrywana szmatami i kocami (nie pytajcie mnie, o co chodzi, bo nie wiem!). Zacne towarzystwo. Czuję się trochę jak bogacz, kiedy widzę, że są jednak ludzie bardziej nędzni niż my.

W nocy chodzą koło namiotu dziwni ludzie i mam wrażenie, że jeśli nas nie zabiją, to sama z siebie zejdę na zawał. Mimo wszystko rano budzę się całkiem wyspana. Oczywiście robimy dokumentację tego dziwnego noclegu:



Prześlij komentarz

.