Zagubieni w Rumunii i nocleg na betonie - Czarnogóra, część 2.

Z Koszyc w szczere pole
Przypomnę tylko, że właśnie chcemy się przedostać ze Słowacji na Węgry, jest noc, jedenasta godzina naszej podróży. Pakujemy się do niedużego auta młodej pary, gdzie to kobieta jest kierowcą. Siedzę z tyłu z plecakiem na twarzy i modlę się, żeby przy hamowaniu nie złamał mi nosa. Po 10 minutach wyjeżdżamy z miasta, a za kilka kilometrów kończymy podróż... w polu. Jedyną oznaką cywilizacji są trzy blaszane ścianki i daszek, gdzie cała konstrukcja imituje przystanek autobusowy. Świetnie, czyli coś tą drogą chyba jeździ! Gwiazdy na niebie może i wyglądają imponująco, ale wolałabym, żeby nie były jedynym źródłem światła.

Przed nami pole, za nami pole i niewielka droga, a w oddali - jakieś ciemne zabudowania. Później okaże się, że jest to cmentarz.


Światełko w tunelu
Na horyzoncie pojawiają się dwa jasne punkciki, a ciszę przerywa ryk zbliżającego się tira. Skaczemy na poboczu i desperacko machamy, krzycząc 'zabierz-nas-stąąąd!'. Kierowca pewnie nawet nas nie zauważa, więc Damian wyjmuje latarkę i próbujemy łapać dalej. Trochę zmęczona (jest jakaś 0:30 w nocy) przysypiam, leżąc na plecaku. Budzi mnie widok pająka bezczelnie spacerującego po moim udzie i po sekundzie jestem już na nogach, w pełni rozbudzona. Można łapać dalej.

Uważam to za cud, gdy z polnej drogi wyjeżdża osobówka i zatrzymuje się obok. Podbiegam z nadzieją i widzę tę samą kobietę, która nas tu przywiozła. Całe szczęście że wpadła na to, żeby po nas wrócić.

Podwozi nas do stacji benzynowej, gdzie Damian uparcie chce dalej coś łapać. Widzimy też kilka aut na polskich rejestracjach. Szkoda, że ich kierowcy albo idą spać, albo są Rumunami.
Nie udaje mi się namówić mojego towarzysza podróży, żeby odpocząć i poczekać do rana (chyba powinnam polubić energetyki). Wtaczam się na górkę za stacją i planuję rozbić obozowisko. Do naszego grona bezdomnych dołącza pies-przybłęda, który ma jeszcze więcej energii niż Damian i ewidentnie mnie zaczepia. Poirytowana wyjmuję śpiwór (jest obrzydliwie zimno!), zrzucam bagaże z górki i kładę się na betonie, niedaleko dystrybutorów. Chwilę później moje nogi będą miały okazję stać się marmoladą, kiedy prawie przejedzie po nich węgierski tir.


Dzień drugi - wtorek, 11.09.2012
Budzi mnie Damian który uważa, że kilka minut przed 7. rano to i tak za późna pora na wstawanie. Udaje mi się wynegocjować jeszcze chwilę 'snu'. I nie przeszkadza mi nawet to, że leżę na parkingu jak jakiś żul, a coraz więcej aut chce zrównać moje nogi z ziemią.


Po porannej toalecie Damian wymusza na kierowcy polskiego dostawczaka, żeby podwiózł nas chociaż kilka kilometrów. Wreszcie jedziemy na Węgry, do Miszkolc!



'Zabierzemy ich do Turcji!'
Po drodze tradycyjnie korzystamy z cb radio i pytamy, czy ktoś nas zabierze do Budapesztu. Odzywa się dwóch kierowców z mojej ulubionej firmy (Łukasz pozdrawiam! :>) i mówią nam, że możemy z nimi jechać do... Turcji. Damian jednak uparcie powtarza, że czeka nas integracja z innymi autostopowiczami w Belgradzie i właśnie tam musimy jechać. Ale do Turcji i tak kiedyś pojadę!

O 8:30 stoimy przed wjazdem na autostradę i zabiera nas polski tir, który jedzie do Budapesztu (łapanie 'na flagę' potrafi zdziałać cuda). Serce mi pęka kiedy kierowca proponuje, że zabierze nas do Słowenii i Włoch, a Damian znowu się nie zgadza.

Obwodnica Budapesztu i drogi, które się z nią łączą, niejednemu autostopowiczowi uprzykrzyły życie, więc wysiadamy na stacji benzynowej przed naszym zjazdem na Serbię. Kręcimy się, nie do końca wiedząc, co mamy zrobić. Idziemy na wyjazd i całkiem przez przypadek udaje mi się złapać węgierskiego kierowcę dostawczaka, który jedzie do Kecskemet (skromne 90km, ale zawsze do przodu). Stety niestety, pan nie mówi po angielsku. Wyjmuję więc mój nieśmiertelny słowniczek własnej roboty i zaczynam rozmowę. Od niewinnego 'dzień dobry, jesteśmy z Polski' przechodzę do powiedzenia węgierskiego odpowiednika 'Polak, Węgier - dwa bratanki - i do szabli, i do szklanki'. Chyba zdobyłam tym serca wszystkich Węgrów, którzy nas podwozili.

Tradycyjnie podróż kończy się na stacji benzynowej (dla niewtajemniczonych: na autostradzie w cywilizowanym kraju lepiej nie wysiadać, chyba że ktoś lubi mandaty w wysokości 90 euro). Idziemy w stronę wyjazdu, kiedy macha nam Rumun - kierowca tira z pomarańczowymi tablicami (czyli wiezie coś, co może wybuchnąć i wszystkich pozabijać. I nie może brać pasażerów. Chyba).

Jak zawsze rozmowę z Rumunem zaczynam od 'nu am bani', czyli 'nie mam pieniędzy'. Jest trochę oburzony i dowiaduję się, że w jego kraju nikt nigdy nie płaci za autostop (jasne!). Pokonujemy kolejne 90km, jedziemy przed Szeged - miasto blisko granicy węgiersko-serbskiej. Niestety woda na stacji benzynowej ma taki zapach, że po przemyciu nią rąk są one chyba jeszcze bardziej brudne, niż po całym dniu podróży.

O 15, po kilkugodzinnej próbie złapania czegoś do Serbii, decydujemy się przejść z wyjazdu ze stacji na autostradę. Stoimy tak desperacko machając, przy czym jestem więcej niż pewna, że zanim ktoś się zatrzyma, zgarnie nas policja.


Ale po co do Rumunii?
Na szczęście tym razem nie spotykamy się z policją (spokojnie! to też będzie miało miejsce). Po jakichś 5 minutach zatrzymuje nam się Norweg, który nie mówi po angielsku i jedzie busikiem do... Rumunii. Nie jest to absolutnie po drodze, aczkolwiek z Aradu też da się jakoś dojechać do Belgradu (stolica Serbii, jakby ktoś nie lubił geografii).


Zdradzę tylko tyle, że jechanie do Rumunii było cholernym błędem. Stracimy cały dzień, nigdzie nie dojedziemy i będziemy spać przy przejściu granicznym z Cyganami na betonie. Ale jest co wspominać. :D

Prześlij komentarz

.