Dorwani przez policję - Czarnogóra, część 10.

Zagrzeb. Obok droga na upragniony Budapeszt. Miliard stopni w cieniu, osiem pasów za bramkami autostrady i zbliżający się do nas policjant. Wiele razy udało mi się wyłgać, ale przecież w końcu muszę dostać ten zasłużony mandat.

Tradycyjnie odgrywam wzruszającą scenkę.

'jak to? tu nie można stać? to jest autostrada? przecież jesteśmy już za bramkami!'
'nie mamy pieniędzy! i tak nie zapłacę tego mandatu'
'bo kierowca nas tu wyrzucił. przecież to nie nasza wina. chcemy się stąd wydostać, musicie nam pomóc! nie zostawiajcie nas. chcę do mamy'

Policjant zdaje się być skołowany moim słowotokiem. Przegląda paszporty i je oddaje. Dostajemy słowne pouczenie i jesteśmy wolni. Odchodzimy kilka metrów dalej by... znowu łapać stopa.

Jednak po krótkiej konsultacji pani funkcjonariusz z naszym policjantem, mężczyzna podchodzi ponownie.

Paszporty jednak zostają zabrane i już wiem, że pozamiatane. Nie mam do czego wracać. Ba, w ogóle nie mam jak wracać! - przecież nie wypuszczą mnie z Chorwacji bez zapłacenia mandatu. Kobieta idzie do auta i już zaczynam się zastanawiać, jakiego koloru są bloczki na chorwackie mandaty, i czy mam taki w swojej kolekcji.

Nie wiem, co się działo z naszymi paszportami. Być może znowu zostałam spisana, być może za kilka lat dostanę całą kronikę na temat 'gdzie w świecie nadziałam się policji'. Mam nadzieję, że limit moich 'drobnych przestępstw' jest nieograniczony.

Kiedy stan przedzawałowy mija, zatrzymuje się dla nas prześliczne, ogromne auto z klimatyzacją. Sam kierowca jest kierowcą niemalże idealnym - nakarmi, nie gada za dużo głupot i... jedzie do Niemiec.


Podróżując uwielbiam słuchać dziwnej muzyki z innych państw, bo wtedy jeszcze mocniej czuję, że jestem w innym świecie. Niestety, płyta z serbską/chorwacką [?] muzyką po 30 odtworzeniach sprawia, że numery poszczególnych utworów znam na pamięć.

Austriackie autostrady zaskakują nas... korkami. Przepiękne Alpy nie dają się sfotografować przez brudne szyby, ale i tak wykonuję kilka zdjęć. Dochodzę też do wniosku, że nawet tylko przejeżdżając przez te tereny, można prawie umrzeć z zachwytu nad krajobrazami rodem z opakowania czekolady Milki.



Po kilku godzinach wspólnej podróży zostajemy wysadzeni przed Monachium - plątanina niemieckich autostrad nieco nas przeraża, dlatego wolimy wysiąść na stacji benzynowej przy trasie, niż pojechać za daleko w złym kierunku. Damian biegnie do toalety, ja zostaję z bagażami - i już zatrzymuje się jakaś starsza, pulchna kobieta w stroju rodem z filmów Bollywood - 'cześć, gdzie chcecie jechać?'.

Niestety, uprzejmi Niemcy nie jadą w naszym kierunku i stoimy przy wyjeździe z parkingu jakieś 4 godziny. W końcu zgarnia nas czeski kierowca tira, który zabierze nas do Norymbergii. Po drodze dostajemy piwo i jedzenie, słuchamy klubowej muzyki i gdyby nie fakt, że jechałam w deszczu ciężarówką do domu, czułabym się jak na imprezie.

Kierowca nie pozwala nam spać na zewnątrz, bo pada. Nocujemy w kabinie, a rano próbujemy znaleźć inny transport. Po 'rozmowie' z kobietą, prawdopodobnie z Tajlandii [?!] - i to jeszcze w języku migowym!, rezygnujemy z tradycyjnego łapania stopa. Postanawiamy się rozdzielić i znajdujemy polskich kierowców - żegnamy się i każde z nas rozpoczyna ostatni etap podróży.

Z Piotrkiem, po wielu pauzach i innych wymaganych postojach, dojadę aż do Piotrkowa Trybunalskiego (60 km od Łodzi).

Po przejechaniu granicy niemiecko-polskiej decyduję się wreszcie na wielką kąpiel w darmowej łazience. Niestety, podobno nie ma szans, żeby wymigać się od płacenia 2zł. Kiedy kobieta, która na naiwnych kierowcach zarabia pewnie drugą pensję każe mi zapłacić [od kiedy łazienka na stacji jest płatna?], zaczynam mówić do niej losowe zdania... w języku rumuńskim.

Moja polaczkowatość i zdolność do kombinowania nie zna granic.


Pod Piotrkowem łapię inną ciężarówkę i dojeżdżam do samych Pabianic. Moim ostatnim szoferem będzie moja mama - złapana przez prawie rozładowany telefon. W życiu tak długo nie czekałam na podwózkę!

Prześlij komentarz

.