Towarzysz z internetu - Czarnogóra, część 1.

Po długiej przerwie melduję się cała, zdrowa i całkiem żywa na posterunku. Jestem tak zafascynowana wyjazdem i tym, że WSZYSTKO SIĘ UDAŁO, że właśnie zrezygnowałam ze ZJEDZENIA (!) czegokolwiek na rzecz wpisania czegoś tutaj.

Zacznę trochę od początku, trochę od końca. Poprzeplatam wpis zdjęciami z wyprawy, żeby móc choć trochę poczuć wakacje w tak zimne wrześniowe południe. A tutaj na zdjęciach: Budva i Sveti Stefan.



Co to za wyjazd?
Na forum autostopowym pojawiło się wiele tematów 'jedźmy gdziekolwiek'. Spodobała mi się ta opcja i postanowiłam wyruszyć w podróż z ludźmi, których zupełnie nie znam i nawet nie wiedziałam, czy istnieją (w mniemaniu moich znajomych każdy z nich był gwałcicielem i mordercą). Sama miałam pewne obiekcje, ale nie takie poznawanie ludzi przez internet straszne jak je piszą.

Celem podróży miała być dzika Czarnogóra i Chorwacja. 14 osób dobrało się w pary i wystartowało z różnych zakamarków Polski, w różnym czasie, różnymi trasami. Mimo wszystko udało nam się spotkać na plaży w Sveti Stefan w 10 osób (!) i spędzić 2 dni na integracji. Pod względem widokowym i oczywiście towarzystwa wyjazd uważam za najlepszy do tej pory. Rakija, Czarnogóra i ludzie których poznałam absolutnie podbili moje serce.

A tak swoją drogą: trip miał się skończyć po 3 dniach i miał być zatytułowany: 'Pokonani przez Serbię, czyli przejażdżka do Rumunii' (zwłaszcza po tym, jak przyszło nam spać na granicy z cygańską rodziną. Oczywiście na betonowych płytach). Mimo wszystko było warto!


Mała mapka z trasy - dziękuję Kuba! wiecie że Google Maps nie wyznacza tras przez Bośnię? Jest trochę źle narysowana, bo niestety jechaliśmy przez Dubrownik, czyli w ciągu kilku godzin przekraczaliśmy 4 granice (niestety, bo mieliśmy dużo alkoholu). Chciałabym tylko zaznaczyć, że przed wyruszeniem w drogę powrotną zgodnie ustaliliśmy: wracamy przez Serbię...


I to, co miało być na koniec opisu, ale dam teraz bo jest ważne - chciałabym podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli i nie odradzali mi wyjazdu (czyli w sumie tylko mojemu bratu, który zawsze cieszy się z mojej nieobecności w domu :D). I przede wszystkim Damianowi, z którym jechałam - oczywiście za towarzystwo, ale również za to że dzielnie znosił moje humory, że uparcie dążył do celu i dzięki temu udało nam się spełnić wszystkie punkty programu. :)

A teraz historia tego, jak udało mi się przedrzeć przez dzikie Bałkany i wrócić bez szwanku. Kubek ciepłej herbaty w łapkę i miłego czytania!

---


Z kim ja jadę?
Jest poniedziałek, 10.09, godzina 12. Mama podwozi mnie do wylotówki na Katowice, czyli trasy w Rzgowie. Świeci słońce, jeździ mnóstwo samochodów, mam idealne miejsce do łapania stopa, a Damian jest już w drodze (jedzie po mnie z Krakowa). Czekając na poboczu z zażenowaniem przyglądam się pourywanym ramiączkom od plecaka, popsutemu pasowi biodrowemu i ciężkiej torbie jedzenia, którego nie udało mi się niegdzie upchnąć. Oczywiście pamiętam, że połowa spakowanych ciuchów ledwo co wyszła z pralki i wszystko jest mokre i pogniecione. Jak zawsze jestem świetnie przygotowana na wyprawę!

Na horyzoncie pojawia się chłopak z plecakiem z przodu i drugim z tyłu. Na szczęście Damian, mój towarzysz podróży poznany przez internet, bardziej wygląda na autostopowicza niż mordercę. Poznajemy się i zaczynamy łapać stopa - jak na złość czekamy całe 20 minut. Zatrzymuje nam się młody student budownictwa, który podwiezie nas do Piotrkowa Trybunalskiego - tylko kilkadziesiąt kilometrów, do tego wywala nas na autostradzie, za czym nie za bardzo przepadam.

Przechodzimy około kilometr do 'miejsca idealnego' i po 10 minutach łapiemy dostawczaka, którym dojeżdżamy do Radomska. Kierowca to młody chłopak, który jest uzależniony od mówienia przez cb radio i całą drogę komentuje jazdę wszystkich ludzi w promieniu kilkuset metrów. A, dostawczak jest załadowany więc siedzimy jedno na drugim, a na nas leżą bagaże (cierpną mi wszystkie cztery kończyny, boli powyginany kręgosłup i oczywiście jestem przygnieciona do przedniej szyby). Pod koniec wspólnej przejażdżki kierowca próbuje nam złapać kogoś na południe Polski - oczywiście przez cb radio. Nazywa nas 'parą zakochańców, która chce się dostać w stronę Katowic' (znamy się z Damianem już z godzinę!).


To stop nas złapał!
Przebiegamy przez drogę i idziemy poboczem, kiedy Damian w żartach mówi 'patrz, on czeka na nas' - i pokazuje mi piękny, biały, duży samochód. Okazuje się, że pan naprawdę zatrzymał się dla nas, zanim w ogóle zdążyliśmy zacząć łapać stopa. Na pytanie gdzie jedzie odpowiada, że na Słowację. Umieram z radości. A cieszę się jeszcze bardziej, kiedy czuję klimatyzację, słuchamy Tool i Radiohead i rozmawiamy z Jackiem - właścicielem dużej firmy, który sam kiedyś objechał stopem Europę. Przechwalam się z nim autostopowymi doświadczeniami, aż nagle słyszę 'zaraz wywalę cię na stacji, bo za dużo wiesz!'. Udzielamy też kilka rad o wychowywaniu młodzieży oraz zostajemy zaproszeni na pierwszy tego dnia posiłek. Jacek zdecydowanie dołącza do grona moich ulubionych kierowców.


Około 19:30 jesteśmy pod Popradem, na drodze obok autostrady. Jest już ciemno i nie mamy za dużych nadziei na złapanie czegokolwiek, ale po 15 minutach z drogi zbiera nas słowacki kierowca dostawczaka.


Ogromną frajdę sprawia mi rozmawianie pół po polsku, pół po słowacku - każdy każdego rozumie. Po drodze spotykamy jego brata (notorycznie używają słowa 'kurwa', więc chyba ma ono takie samo znaczenie co u nas). O 21. jesteśmy w Presov na wylotówce do Koszyc.

Robimy pierwszy postój na piwo i zaopatrujemy się w duże ilości jedzenia w całodobowym Tesco.


Piknik koło drogi:
[tu będzie fotka, jeśli Damian mi ją prześle :>]

Jest już zupełnie ciemno, a na drogach całkiem pusto. Mimo wszystko pełni entuzjazmu (chyba nabranego po piwie) łapiemy dalej. Zatrzymuje nam się taksówkarz, któremu dziesięć razy uparcie powtarzamy, że nie mamy pieniędzy i ma iść w cholerę. Kiedy we wszystkich językach jakie znamy - łącznie z migowym - każemu mu odjechać, tłumaczy nam, że 'gość co go będę z Koszyc wiózł mi zapłaci'. Wsiadamy i jedziemy za darmo aż 40 kilometrów.

Podobno zostajemy podwiezieni na wylotówkę na Miszkolc - miejscowości na Węgrzech, która teraz jest naszym głównym celem. Mimo wszystko znajdujemy się nadal w mieście, więc dzielnie maszerujemy do najbliższej większej drogi.

Mimo pustek na ulicach po 15 minutach łapania na wpół siedząco, wpół leżąco, zatrzymuje nam się młoda para, która proponuje podwózkę 10 km. Nie do końca świadomi tego, gdzie zostaniemy wywiezieni w środku nocy, wsiadamy.

Prześlij komentarz

.