Cudze chwalicie, swego nie znacie: Słowiński Park Narodowy. Początki. (część 1)





Jakoś w połowie lipca 2014.
Dłubię patykiem w piasku i odpadającym od jezdni asfalcie. Łapiemy stopa we wsi, przez którą przejeżdża kilka aut na godzinę. Za nami drepcze rolnik i z pasją spryskuje trawę dookoła swojego domku. Zauważywszy nas, podchodzi bliżej i zaczyna rozmowę.

Ha! Co, nikt was zabrać nie chce?
No nie.
A w ogóle to zabierają jeszcze na stopa czy już nie?
No tak, skoro tu jesteśmy...
I dokąd jedziecie?
Do Słowińskiego Parku Narodowego.
Coo hohooo, no nie. A po co? Ja to przez 60 lat swojego życia wydm nie widziałem, po co. A nad morzem ostatnio byłem 13 lat temu!

Na twarzy starca widzę jakąś dumę, Kuba wzrusza ramionami a ja marszczę czoło. Przez ułamek sekundy myślę, że pewnie nie warto. A później przeszywa mnie ogromne niezrozumienie i zażenowanie - jak można mieszkać 20 kilometrów od tak pięknego miejsca i nigdy w życiu go nie odwiedzić?! Ja rozumiem, że są priorytety. Że nie każdy jest podróżnikiem, nie w każdym duch przygody. Ale żeby tak otwarcie ignorować to, co jest na wyciągnięcie ręki i zaszywać się całe życie w czterech ścianach? Tu już nie chodzi o bycie turystą. Tu chodzi o bycie patriotą.


Nie spodziewałam się
Ogarniając wzrokiem wydmy, plaże, błękitną wodę, bajkowe lasy i wszechobecną czystość, czułam wstyd. Jak ja mogłam zachwycać się zagranicą i podróżować tak daleko, skoro tutaj, w Polsce, mamy takie cuda? Znajomy Hiszpan który kiedyś podwoził mnie na stopa kocha Polskę i z dumą opowiadał mi o swoich górskich wędrówkach, o pięknej przyrodzie, polach rzepaku, lasach. Brzmi banalnie? Dla nas tak, bo napatrzyliśmy się na to przez lata. Ale ja żałuję, że tak rzadko pozwalałam tym miejscom mnie zachwycić. Nie licząc szkolnej wycieczki 100 lat temu, to była moja pierwsza wizyta w parku narodowym. W góry jeżdżę czasem, duże miasta siłą rzeczy odwiedzam - ale jak dużo wiem o swoich okolicach? Od dwóch lat mieszkam we Wrocławiu i wiem o nim pewnie mniej, niż niejeden turysta. Z Łodzi wszyscy się śmieją, choć moim zdaniem nie powinni. Z kolei Pabianice nie są kopalnią pięknych krajobrazów, ale wyzwanie podejmuję. Coś się na pewno znajdzie.

Witam Was w cyklu 'Cudze chwalicie, swego nie znacie'. Sama chcę dzięki temu nadrobić zaległości i być może polecić innym miejsca piękne, a bliskie - idealne na weekend czy pierwszy wyjazd autostopem.

(jeśli sami macie jakieś propozycje, co w Polsce powinnam zobaczyć,
MUSICIE mi o tym napisać)

zdjęcia: Kuba Golewski
(z przyczyn technicznych zdjęcia zostały przeze mnie poprzycinane=popsute. miłośników ładnych obrazków zapraszam nafacebookowy profil do obejrzenia oryginałów)







Zakurzone cegłoksiążki
Konkursy szkolne mają to do siebie, że głównymi nagrodami są tanie plecaki lub ogromne książki ze zdjęciami: Polska. Cuda Polski. Przyroda Polski. Piękno Polski. I masa innych, banalnych tytułów. Razem z bratem - jako największe kujony - zebraliśmy takich cały stos. A ja zawsze byłam zła, bo przecież kto czyta takie rzeczy?


Po kilku(nastu?) latach dorosłam do tego, żeby dać im szansę. Podczas jednej z weekendowych wizyt w domu, jeszcze w kwietniu, otworzyłam z nudów taką cegłę i troszkę się zdziwiłam. Chciałam wyciągnąć Kubę gdzieś w długi weekend, co oznaczało że albo spędzimy cały czas łapiąc stopa, albo pojedziemy gdzieś blisko.

Blisko. Po Polsce. Swoją drogą chciałabym zaznaczyć, że to idealne rozwiązania dla osób, które chcą zacząć jeździć autostopem, ale boją się ruszyć za granicę.

Jako wielka miłośniczka morza nie za bardzo mogłam dogadać się z Kubą co do celu podróży. W końcu padło na Słowiński Park Narodowy - wielkie wydmy imitujące góry i ogrom błękitnej, spokojnej wody. Brzmi jak kompromis.





Podróżnicze inspiracje
Pamiętam jak dziś jak jako dzieciak wybrałam się z harcerzami na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Może dla niektórych to absurdalne, ale coroczne pokonywanie pieszo 30, 40 kilometrów dziennie przez ponad tydzień miało ogromny wpływ na moje podróże. Przede wszystkim zacznę od tego, że trochę oszukiwałam. Silną dziewczyną nie byłam nigdy i 130km w 3 dni było dla mnie niewykonalne, dlatego z niektórych odcinków marszu po prostu rezygnowałam. Zostawałam wtedy w tyle, sama lub z kimś, siadałam na jakimś kamieniu, irytowałam się z powodu deszczu lub upału. Po godzinie uświadamiałam sobie, że kolumna ludzi mi uciekła, a ja jestem sama w jakiejś wiosce. I przez to zaczęłam jeździć autostopem.

Drugim powodem było odkrycie miłości do wykończenia. Ilu jest wędrowców, którzy chodzą po górach, bo lubią się umęczyć? Czy wieczorne bieganie służy wyłącznie polepszeniu kondycji? Bo dla mnie doprowadzenie się na skraj wytrzymałości i koncentracja na bólu fizycznym, odciąga naszą uwagę od tego bólu, który siedzi nam w głowach.

Ta krótka podróż była kompilacją wielu ambitnych zamysłów z dzieciństwa. Jeszcze w podstawówce, zapuszczając się z moją kuzynką w za długi spacer plażą obiecałam sobie, że kiedyś przejdę całe polskie wybrzeże. Wyprawa do Łeby miała być rozgrzewką i próbą sił - myślałam, że jestem jak Martyna Wojciechowska idąca na Mount Everest, a skończyło się na tym, że po paru kilometrach kwiczałam jak pięcioletnie dziecko. Na Islandii też będę dużo łazić, muszę zacząć ćwiczyć. Zwłaszcza w kategorii 'pakowanie tylko tego, co jest potrzebne'.



***

Wróciłam do dłubania patykiem w piachu. Na horyzoncie auto. Powoli się zbliża, głośno hamuje. Opuszcza się szyba i słyszę, jak kierowca mówi do pasażerki: 'o, Cyganie'. Dziewczyna na przednim siedzeniu to Basia - jedna z pierwszych czytelniczek bloga, która postanowiła jechać z nami. Łapie stopa trochę skuteczniej niż my. Na tylnych siedzeniach leżą jakieś graty i już się nie zmieścimy, a poza tym ten kierowca chyba wcale by nie chciał nas zabierać. Siedzimy w kompletnej ciszy a ja powtarzam sobie w myślach: 'wcale nie jestem dziwna, wcale nie jestem dziwna, to nie ja tu jestem dziwna'.

W końcu udaje nam się dowłóczyć do Kluków - miejscowości nad jeziorem Łebsko, który to punkt wybraliśmy sobie za początek podróży. Wieża widokowa, dużo dużo wody, trzcina, mnóstwo zieleni, terenów jakichś bagiennych. Obiad na ławce i zupka chińska z kiełbasą. Pierwsze kilometry przemaszerowane. Ja nie wiem jak to jest: nic w tym plecaku nie mam, a on i tak zawsze jest za ciężki.







Zaciągam się zapachem łąki. Najlepsze powietrze na świecie. Żyje mi się trochę za szybko, chaotycznie; przebywam w wielkich miastach i otaczają mnie smutni i zabiegani ludzie. Jej, jak ja nie lubię ludzi. Dziwnie tak jakoś siedzieć na łonie natury i nawet nie wiedzieć, która godzina, jaki dzień tygodnia, czy telefon naładowany. A przede wszystkim nie wiedzieć, czy mam jeszcze coś na koncie w banku.







Wpraszamy się komuś do domu pod prysznic za 10zł. To takie urocze, że odrobina chłodnej wody przy takich warunkach może dać tyle radości.

Ze względu na martwy ruch autostop okazuje się ciut problematyczny, dlatego idziemy kilometr, dwa, trzy, więcej. Na ostatnim odcinku zatrzymuje się dziwny młodzieniec: turbo przyspieszenie, szuramy podwoziem po asfalcie, w głośnikach ciężki rap i ani słowa rozmowy. Dojeżdżamy do parkingu i idziemy pełną turystów ścieżką. Wtedy jeszcze myślałam, że cholera, w tym parku narodowym musi być dużo ludzi.



Pierwsze wrażenia? Przy samym zejściu na plażę jest w miarę cicho, czysto, przyjemnie. Ogarniam wzrokiem wielką białą piaskownicę i czuję dumę. Mam wrażenie, że pod nogami leży tona cukru pudru.

Dziś mija pierwszy dzień znajomości z Basią, która po otrzymaniu smsa: 'Basiu. Jesteśmy w Gdańsku. Mamy tylko pół namiotu. Przyjedź proszę jak najszybciej', dojechała do nas od razu po powrocie z Chorwacji. Mimo że upłynęło półtora roku, cały czas pamiętam nasze pierwsze rozmowy. Jako autostopowe guru odpisywałam właśnie na stos maili i wiadomości czytelników, ale Basia była tą, z którą wymieniłam najwięcej wiadomości. W końcu postanowiłyśmy się spotkać.

(PS. Postaram się już nie wspominać o piwie, winie, nie daj Boże wódce. Ostatnio w komentarzach zarzucono mi alkoholizm)


Dzień drugi, wciąż jakoś w połowie lipca 2014.
Budzimy się po 4. rano. Moja jasna bluza została wczoraj zabita sokiem porzeczkowym, spodnie też - właśnie sobie przypomniałam, że w nocy postanowiłam je 'wyprać' i teraz są całe mokre. Jakakolwiek męcząca czynność o tak młodej godzinie jest gwałtem na moim umyśle, ale co ja poradzę na to, że trzeba zacząć maszerować? Do przejścia mamy kilka kilometrów plażą, później kilka lasem - aż do latarni morskiej. Potem mordercza przeprawa przez wydmy i na koniec skromne 26 kilometrów plażą do Łeby. Stawiam kroczek za kroczkiem. Sączę z butelki resztki wody i myślę o tym, że jest mi niedobrze. Lżejsi o szklaną butelkę i karton soku rozpoczynamy nasz spacer, ciężki jak przeprawa do Mordoru, jak nasze plecaki do Gruzji. Jak trzydziestokilometrowe zatapianie stóp w miękkim, rozgrzanym piasku.


Prześlij komentarz

.