Co się stanie, kiedy spotkasz za granicą Polaków z wódką. (część 7)

Czwartkowe popołudnie spędzamy w restauracji pod Graz, opróżniając przy pomocy spotkanych stopowiczów z Polski dwie butelki alkoholu. Ale najpierw czas na obiad: dziś gulaszowa z papierka i kanapki z nieśmiertelnym paprykarzem. Prosząc o wrzątek na stacji Kuba najpierw dostaje wodę z kranu, później odrobinę cieplejszą - w końcu się poddaje i postanawia, że dziś zupa będzie na zimno. Zdziwiona tym, że w Austrii są jeszcze ludzie, którzy nie mówią po angielsku, uruchamiam pismo rysunkowe. I udaje się!

Rozsiadamy się przy stoliczku w wiklinowych krzesłach, wydajemy miliony na popitę i... maskujemy nasze trunki, żeby nie robić sobie kłopotów (w końcu to jest Austria i kultura, nie?). Osobiście uważam, że picie whisky z menażki czy odrapanego, metalowego kubeczka to trochę zbrodnia, ale wiadomo - w podróży trzeba się dostosować.


Po kilku godzinach naszej małej libacji, idę zmywać po obiadowych zupkach chińskich. W łazience zagaduje mnie stara muzułmanka, która uśmiecha się i mówi do mnie po niemiecku. Szkoda, że w gimnazjum nie dałam się zgermanizować, bo przez to zupełnie nic z tego języka nie rozumiem i brzmi dla mnie wyłącznie jak rozkaz rozstrzelania. A w połączeniu z ostatnimi wydarzeniami związanymi z wyznawcami islamu, maczetami i nożami, na wspomnienie tej bezzębnej, dziwnej babuszki, mam gęsią skórkę.

Kiedy wracam okazuje się, że 'nasi' Polacy złapali nam stopa w postaci niedużej ciężarówki zmierzającej do Wiednia. A sami nie pojadą, bo rano mają umówiony transport z tirowcem prosto do Polski - i wolą poczekać.


Po 21. dojeżdżamy na stację przed Wiedniem. Zaraz zaraz... czy to nie tu utknęłam niecały rok temu, kiedy chciałam jechać do Grecji, a pojechałam do Włoch? Traumatyczne wspomnienia związane z tym miejscem nie wzruszają mnie na tę chwilę - zauważam wielki znak 'Burger King'. Wyskakuję z ciężarówki, krzyczę 'hamburgery, haaambuuurgeeeryyy' i biegnę w stronę sporego centrum handlowego.

Zmieniam zdanie. Nawet najlepsze jedzenie traci smak, jeśli musisz za nie płacić w austriackich cenach. Wychodzę najedzona, aczkolwiek odrobinę rozgoryczona tym, że w Polsce to są same biedaki i że ja też takim jestem, a na zachodzie to bla, bla, bla... Czarę goryczy przelewa widok małych, grubych austriackich dzieciaków, które jedzą kolację pewnie droższą niż cały nasz wyjazd (a do tego połowa ich jedzenia ląduje w koszu). Wychodząc nie mogę sobie darować zabrania kilku słomek do picia (jak już wydałam tyle euro, to zawsze muszę coś podpieprzyć). Wracam do rzeczywistości i znowu staję się włóczęgą, bezdomnym - w łazience napełniam butelkę kranówą i spotykam wzrok eleganckich damulek, które patrzą na mnie tak, jakbym na co dzień piła wodę z kałuży i wyjadała ze śmietników.

Dlatego nie lubię Austrii. Co kraj to obyczaj.

Na zewnątrz jest już ciemno. Ruch powoli ustaje, a do tego nie zapominajmy, że jesteśmy pod Wiedniem i ruszyć się stąd będzie ciężko. Przed stacją znowu spotykamy stopowiczów z Autostop Race i według niepisanej zasady postanawiamy czekać, aż oni złapią pierwsi. Jednak widząc nieporadność chłopaków i brak zaangażowania w pytanie kierowców, idziemy na wyjazd - czyli nieduże rondo.

Raz na wozie, raz nie na wozie. Każdemu grozi kryzys w podróży.
 
Niesłychane! Późny wieczór, Austria, a my na stopa czekaliśmy chwilę. Tir do Budapesztu jednak nie jest dla nas najlepszym rozwiązaniem, bo stolica Węgier jest trochę nie po drodze. Mimo wszystko wsiadamy i jedziemy do następnej stacji benzynowej łudząc się, że uwolnimy się od uczestników ASR.

Oczywiście na stacji czekają na nas dwie dziewczyny z Autostop Race. Znowu idziemy na wyjazd i próbujemy dojść do porozumienia, co dalej robić. Łapać czy iść spać? Kiedy nasza 'konkurencja' wybiera tę drugą opcję i znika z pola widzenia, wracamy przed stację. Pytam starszego dziadka o podwózkę do Bratysławy i po chwili jesteśmy już na Słowacji. Przez całą drogę jestem pogrążona w półśnie, ale i tak słyszę całą rozmowę z kierowcą i podziwiam jego wiedzę - nie spodziewałam się, że przeciętny Austriak wie więcej o Łodzi, niż ja.


Bratysława, stacja benzynowa. Dzień dobiega końca i nasze siły też. Decydujemy się rozbić namiot ot tak sobie, na widoku. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale nie chce mi się już chować po krzakach. Słowacka policja nie należy do moich ulubionych i mam nadzieję, że nie zrobi nam rano pobudki...

Prześlij komentarz

.