Ciemna strona autostopu - mój najgorszy nocleg. (część 12)

21. lipca 2013, dzień dziesiąty - ciąg dalszy. 
Dotarcie do Gruzji było dla mnie jak widok Ameryki dla Kolumba. Jak dopłynięcie do Miami na rozsypującej się barce dla kubańskich uchodźców. Jak powrót do domu w zimowy wieczór. Po sześciu miesiącach planów i marzeń o Zakaukaziu, w końcu się udało. I nie ukrywam, że wjeżdżając do Batumi, oczekiwania miałam duże. Naczytałam się tyle pozytywnych opinii, ale zapomniałam o jednym – chwalić się to umie każdy, ale mówić o smutnych momentach autostopowania nie ma komu. No to posłuchajcie mojej historii – historii tej, której się zawsze wszystko udawało. Tym razem dostałam trochę po nosie.
 
***
Idę dumnie przez Batumi. Wyginam się raz w jedną, raz w drugą stronę i przygryzam policzki, żeby nie było widać mojego grymasu na twarzy (ten plecak waży miliard!). Maszeruję z uśmiechem, bo jestem z nas dumna. Jestem dumną podróżniczką-autostopowiczką, a teraz właśnie rozpoczyna się moja gruzińska przygoda.


To co robimy?
Hosta na CouchSurfingu nie znaleźliśmy. W sumie gdybyśmy pojechali w lipcu do Ustki, to nadzieje na darmowy nocleg byłyby takim samym idiotyzmem. Wychodzimy z 'kosmicznego maka' i kręcimy się po okolicy. Trzeba gdzieś rozbić namiot, przekimać, a rano ruszyć na podbój słynnego gruzińskiego kurortu.

Idąc przez miasto czasem budzimy zainteresowanie. Szkoda, że tylko u taksówkarzy i nachalnych ludzi, którzy czają się na każdym rogu i zapraszają do siebie do domu na nocleg. Za 100 lari, czyli jakieś 200zł...

Najpierw spacerujemy promenadą – to jak wybieg na pokazie mody! Przyglądam się ładnym, pijanym ludziom. Nareszcie! Po kilku dniach w konserwatywnej Turcji widok młodych ludzi z wódką, dziewczyn z odkrytymi nogami i chłopców o ciut bardziej europejskiej urodzie, to miód na serce. Do tego kolory, światła i głośna muzyka. Przydałaby się jeszcze piaszczysta plaża, zwłaszcza na namiot... Za nami rozciąga się park, ale ilość pijanych Gruzinów pod drzewami, w krzakach i na trawnikach jakoś nie sprawia, że czuję się bezpiecznie. Dużo policji. To o czymś świadczy.

Pierwsza nadzieja rozwiana: nikt nie rzuca nam się na szyję i nie wiwatuje 'ojej, Polacy, autostopem, bracia nasi, Lech Kaczyński nasz brat, kochamy Was'. Zaczepia nas za to mężczyzna w średnim wieku, skarpetach i sandałach - chce nam zrobić zdjęcie. 'Patrz Grażynko, dzieciaki z polską flagą! Wakacje w Gruzji są fajne, co nie?'

 

Siadamy pod jedną z palm. Oświetlone zielonym światłem drzewka pachną kiczem, ale tutaj nawet pasują i mimo wszystko cieszą oko. Podchodzi do nas Polak, później jeszcze grupka Polaków i jakoś tak się dzieje, że pijemy czaczę. Jej smak skomentuję w filmiku... Dostajemy mapy i kilka informacji, co, gdzie i jak.


Na placu budowy.
Rezygnując z namiotu, udajemy się na dalsze poszukiwania. Na plaży widzimy kilka boisk do piłki nożnej, również niedokończonych – miejsce pod trybunami uznajemy za idealne. Nocleg 10 metrów od dyskoteki nie okazuje się sprzyjać zasypianiu, zwłaszcza gdy co chwilę widzi się łysych, napakowanych gości, krzyczących coś po rosyjsku.

Na nieoheblowanych, brudnych deskach, pod jakimiś umywalkami, układamy plecaki, karimaty i przyciągamy wielką, plastikową płytę. Przykrywamy nią naszą wnękę pod takim kątem, że zostaje mniej więcej tyle przestrzeni, co w trumnie. W ten oto sposób – trochę na widoku, praktycznie nie mogąc się ruszyć – jakimś cudem usypiamy.
 
***
'Siedź cicho! Ktoś tu łazi.' Spoglądam przez szparę w naszym szałasie. Kilku pijanych Gruzinów z dyskoteki kręci się obok naszego zamaskowanego obozowiska. Czuję się tak, jakbyśmy musieli ukrywać się podczas wojny. Kilka par butów oddala się; kroki cichną. Kto i po co, oprócz nas, łazi po placu budowy?! Boże, niech nas tylko tu nie zabiją!
 
Kap... mijają 4 sekundy. Kap... mijają 4 sekundy. Kap... wyjmuję parasol. Jest 1. w nocy. Rozkładam go w umywalce i – jako człowiek, którego nic nie obudzi – idę spać dalej.

Po 15 minutach znowu kap... 3 sekundy, kap... 2 sekundy. Chlust! Rozłożyłam parasol do góry nogami, przez co zbierał wodę jak miska. Już od dawna się rozlatywał, ale dopiero teraz definitywnie zakończył swój żywot. Kiedy dostajemy kilkoma litrami zimnej wody po twarzy, w końcu się budzimy. Ratujemy nasze przemoknięte bagaże i przy akompaniamencie piorunów i szumu ulewy, biegniemy do najbliższego postoju taxi.


Jesteśmy bogaci!
Jaki jest morał tej historii? Każde 'tanie podróżowanie' ma swoje granice. Wiele razy spałam w dziwnych miejscach, ale nigdy nie czułam się tak podle, jak tej podłej deszczowej nocy w tym podłym Batumi. Nigdy! I nigdy już nie dopuszczę do takiej sytuacji.

Za 5 lari (10zł) dojeżdżamy pod McDonald's. Wyglądamy tak żałośnie, że jacyś Gruzini dają nam cheeseburgery. Jest 3. w nocy. Inny taksówkarz dzwoni do znajomej, która wynajmuje kwatery, a później jedziemy przez Mroczne Dzielnice Miasta, w co chwilę gasnącej ładzie. Za 15 lari (30zł) dostajemy duży pokój w gruzińskim domu. Da się? Da się.

Czuję wewnętrzną, podróżniczą przemianę. Na początku autostopowych wojaży jeździłam praktycznie bez pieniędzy i taki styl mi pozostał. Ale po co, skoro teraz je mieliśmy? Gdzie jest granica między byciem jak bezdomny żul, a ekonomicznym turystą?

Prześlij komentarz

.