Auto bez podłogi i atak stu tysięcy krów. (część 9)


Gdzieś za Erzurum.
Łapanie nie zapowiada się na zbyt intensywne, więc ze znudzeniem oglądamy życie miejscowych - domki w rozsypce, ludzi ganiających kury i pranie poprzewieszane przez płot.


W końcu coś się zatrzymuje. Nie jest to auto moich marzeń, ale jego działanie wprawia w zachwyt. A dokładniej - sam fakt, że jedzie, wprawia w zachwyt. Upychamy plecaki w bagażniku, który się nie domyka. Kierowca przymocowuje go jakąś linką, a my postanawiamy rozgościć się w naszej limuzynie. Ten pojazd to prawdziwe wehikuł czasu! Mało co w nim działa, ale nie to szokuje najbardziej. Kuba zauważa, że... z przodu nie ma podłogi. Pod nogami jest sama wycieraczka.

Dopóki nie przekraczamy pięćdziesiątki, jest dobrze. W sumie to ciężko określić, jak szybko jedziemy, bo prędkościomierz nie działa.


Po zaledwie kilku kilometrach kończy nam się dobra droga - a zaczyna taka, która wiedzie przez góry. Góry spore, bo w pewnym momencie jesteśmy na wysokości 2400 m n.p.m. Nie ma asfaltu, toczymy się ze śmieszną prędkością i cały czas mam wrażenie, że jeździmy w kółko. Dziś chyba daleko nie zajedziemy.


Słońce powoli zachodzi, a my wleczemy się po drodze bez asfaltu. W końcu trafiamy na koniec 'objazdu' i zmierzamy w stronę miejscowości, która nazywa się Bayburt.


Jak tu zimno!
Co jak co, ale Bayburt nie zasługuje nawet na to, żeby mu zrobić 'pamiątkowe zdjęcie'. Wysadzono nas w 'centrum', które jest zupełnie opustoszałe - czas modlitwy. W rytm śpiewów z meczetów maszerujemy w stronę wylotówki, a kiedy znowu czuję, że pęka mi kręgosłup, łapiemy stopa w mieście. Zatrzymuje nam się dostawczak pełen słodyczy, wsiadamy na pakę i jedziemy przed siebie, kompletnie nic nie widząc. Grunt, że w towarzystwie czekoladek i cukierków.

Po kilku minutach mało komfortowej jazdy (siedzę na pudłach z plecakiem na kolanach, do tego modlę się, żebyśmy się nie rozbili), wysiadamy na Pustkowiu. Znowu ciemnym Pustkowiu! Na otarcie łez dostajemy 20 tureckich lirów (40zł). Tym miłym akcentem postanawiamy zakończyć nasz dzień i pójść spać.


20. lipca 2013, sobota.
DZIEŃ DZIEWIĄTY
Dziś wstaję dużo szybciej niż zwykle, a wszystko przez radosny okrzyk Kuby: 'ile krów!'
Wychylam się z namiotu i ze zdziwieniem stwierdzam, że właśnie idzie do nas ogromne stado parzystokopytnych. Filmuję, podziwiam i nadziwić się nie mogę. Od tej pory krów będzie coraz, coraz więcej. Będą blokować ruch na drogach, odwiedzać nasz namiot i muczeć nam do ucha, gdy będziemy łapać stopa.


Gdy w najlepsze konsumujemy sobie śniadanko, jesteśmy świadkami prawie-wypadku. A piszę o tym dlatego, że moim zdaniem słowo 'prawie' jest dowodem cudu. Rozsypującym się autem, ktoś wyjeżdża z podporządkowanej. Chce skręcić w lewo. I zamiast - jak normalny, rozumny kierowca - rozejrzeć się w prawo, w lewo - wjechać na skrzyżowanie, ten 'ktoś' najpierw na nie wjeżdża, a później rozmyśla. Pech chce, że i z prawej, i z lewej jadą rozpędzone tiry. Dobry refleks kierowców i mnóstwo szczęścia przyczyniają się do tego, że zamiast blaszanej miazgi z kupą mięsa w środku, oglądamy zgrabne wyminięcie stojącego w poprzek drogi auta - przez dwa tiry jednocześnie!

Oczywiście jak komuś się za kółkiem nudzi - to trąbi, jak ktoś ma zły humor - to trąbi, jak dobry - też trąbi. Ale jak jest o włos od wypadku, to o klaksonie nikt pomyśleć nie raczy. Jestem przerażona na samą myśl o tym, że w tym aucie mogliśmy siedzieć my. Jeszcze nie wiem, że w Gruzji takie sceny to codzienność...


Kulinarnym hitem wyjazdu jest salami z Lidla. Dziewiąty dzień upału, a ono nadal smakuje dobrze!


Kolejna dawka emocji to psy pasterskie. Tam gdzie krowy, tam i one - a niestety są całkiem potężne i groźne. Mimo że stado już dawno poszło, zwierzaki kręcą się wokół nas. Mimo gazu pieprzowego i noża, nie czuję się ani trochę bezpiecznie.

Na szczęście po kilku minutach krwiożercze bestie odchodzą, a my szybko zwijamy się łapać stopa w stronę cywilizacji.


Pierwsze auto jakie się zatrzymuje, to dostawczak. Ten sam, który podwoził nas wczoraj! Dziś niestety jest zapakowany, więc dostajemy jakieś tureckie pozdrowienia i uśmiechy na drogę. Po chwili zatrzymuje się klimatyzowany Ford, którym pojedziemy do Trabzonu. No wreszcie!


Sali jest fizykiem i praktykującym muzułmaninem. Piszę o tym dlatego, że w sumie nie spotkaliśmy chyba jeszcze nikogo takiego, kto przestrzega ramadanu w stu procentach. Sali od świtu do zmroku nie je i nie pije, dlatego jest nam dosyć głupio, kiedy zatrzymuje się na stacji i kupuje nam colę i słodycze. Z początku mamy spore opory, żeby w ogóle spojrzeć na to, co nam przyniósł. Kiedy Sali zauważa nasze skrępowanie, każe nam jeść - 'nie po to to Wam kupiłem, żebyście czekali z tym do zmierzchu. Ja nie jem, bo to mój wybór; Wy macie inną religię i ja to rozumiem'. Nie tacy muzułmanie straszni, jak ich piszą.


Sali to jeden z niewielu Turków spotkanych na naszej drodze, który mówi po angielsku. Dzięki temu (i oczywiście dzięki szybkiej jeździe), raz-dwa docieramy do Trabzonu. A Trabzon to dla mnie morze, kurz, pot i łzy. Ale o tym później.

Prześlij komentarz

.