Armenia. Kraina wódką i magią płynąca. (część 19)

Kiedy w końcu dojeżdżamy do Kazbegi, biegniemy naładować zapasy energii. Kupujemy chleb i jemy kanapki pod dziurawą płachtą, siedząc jak dziady na jakiejś mokrej, dziwnej folii. Gdyby całkiem przez przypadek w pobliżu kręcono film o slumsach, z pewnością dostalibyśmy główne role. Wystarczyłoby postawić na środku metalowy, odrapany kubeł z płonącymi śmieciami i odrobinę podrzeć nam ubrania.


Wracając do Tbilisi.
Pada mocniej, więc łapiemy stopa pod drzewem. Każdy przejeżdżający jest 'taxi', zrezygnowana kucam przy krawężniku, brodząc nogami w kałuży jak kaczka. Mamy tak mokre ciuchy, że jak usiądziemy w czyimś aucie, to wywołamy tam powódź.

W końcu lituje się rosyjsko-gruzińskie małżeństwo, które jeździ ze swoim małym synkiem i robi po drodze zdjęcia wszystkich twierdz, bo chłopiec jest fanem 'Władcy Pierścieni' i kręci go każda spotkana wieżyczka. A teraz uwaga, lingwistyczny mindfuck. Rodzice rozmawiają z dzieckiem w dwóch językach, a że po gruzińsku 'mama' oznacza tatę, a 'tata' - mamę, nigdy nie wiadomo, czy chłopiec woła mamę po rosyjsku, czy do tatę po gruzińsku...

***

Kiedy dojeżdżamy do Tbilisi, nasze morale odrobinę się podnoszą. Tu świeci słońce! Nie pada! Gira - nasza gospodyni, serwuje obiad. Przed nami ostatnia rundka po mieście i planowanie jutrzejszego stopowania do Armenii.

Do Armenii? Zaraz, co to w ogóle jest Armenia? Ktoś o niej kiedyś słyszał? Tam coś jest? Jaka jest stolica Armienii?

Szykowaliśmy się na Azerbejdżan, więc o trzecim państwie Zakaukazia nie wiedzieliśmy za dużo. No cóż, przygoda. Będziemy przecierać szlaki.



29. lipca 2013, poniedziałek
DZIEŃ OSIEMNASTY
 Żegnamy się z Gruzją kupując nasze ulubione bułki z ciasta francuskiego. Z mięsem i fasolą też są wyśmienite! Upał trochę męczy, więc łapiemy przy jakiejś pierwszej-lepszej większej drodze.


Zatrzymuje się czarna beemka. Wysiada młody mężczyzna. Ni to Pitbull, ni członek ruskiej mafii. Tablice rejestracyjne ma z Armenii i szczęśliwym trafem tam też jedzie. Jeśli każdy kierowca ma tam tak wyglądać, to chyba zmienię cel podróży. Pitbull kręci nosem, oglądając stare krzesła i telewizory na tylnych siedzeniach - nie zmieścimy się z plecakami. Ale mamy poczekać! On zadzwoni do kolegów, bo oni też jadą, zaraz tu będą przejeżdżać. Może z nimi się zabierzemy.

Jako że jestem podejrzliwa, ukradkiem szturcham Kubę w bok i daję mu do zrozumienia, że wolę tu czekać jeszcze 3 godziny, niż znaleźć później swoją nerkę na Allegro. Dziękujemy więc za pomoc i machamy dalej - a to kciukiem, a to polską flagą. Nasz armeński kolega parkuje niedaleko i uparcie czeka na swoich kumpli, bo bardzo chcą nam pomóc.

Oni naprawdę są tacy troskliwi, czy coś knują?


Trzęsąc się jak galareta.
W końcu jest! Upragniony tir, który wywiezie nas za miasto. 45 kilometrów w stronę miejscowości Marneuli pokonujemy w ciężarówce, która chyba nie ma żadnych amortyzatorów. Czuć każdą dziurę, każdy kamyczek, każde najmniejsze wgłębienie w asfalcie...


Następny stop jest prawie przed granicę - Gruzin uznaje, że nie ma co robić w domu i przejedzie się z nami dużo dalej, niż planował.


***

Siedzimy tu już długo. Stacja benzynowa, krowy, owce i pełne słońce. Ze znudzeniem przyglądam się kurom, które wdrapują się na drzewo. Jeśli taki ruch jak tutaj jest też w całej Armenii, to blado to widzę.


...zostało tylko 19 kilometrów!

Ale wiadomo, że jeśli długo się czeka, to i nagroda za wytrwałość jest wysoka. Zatrzymuje się armeński tir, którym dojedziemy aż do stolicy, czyli do Erywania. Rozochoceni rozsiadamy się wygodnie w aucie i pomagamy kierowcy jeść słonecznik.


A ten samochód - wbrew pozorom - wcale nie skręca. Śmiesznie zobaczyć coś,
co jeździ bokiem.

Skubiąc ziarenka wpadam w trans - to patrzę tępym wzrokiem w dal, to liczę słupki przy drodze. Nie mogę się doczekać granicy. Nie znam nikogo, kto był w Armenii. Zaraz odkryję kawałek mapy. Wbiję kolejny level. Ekscytacja tłumiona odrobiną niepewności. Co nas tam czeka? Dziś jestem jak Kolumb.


Z kolejną pieczątką w paszporcie.
Przejście graniczne jest z pozoru ciche i spokojne. Wystarczy jednak podejść do płotu przy samej rzece i spojrzeć w dół, żeby zobaczyć żołnierzy z karabinami.


Nikt już nie trąbi. Nie gonią nas taksówkarze. Nikt nie chce nam sprzedać pamiątek. Właściwie nikt tu chyba nie wie za bardzo, czym są turyści. Dopiero rok temu Armenia zniosła wizy dla Polaków, przez co nie jest jeszcze krajem znanym i popularnym. Może tutaj odnajdę to, czego nie znalazłam w Gruzji - gościnność, bezinteresowność i spokój?

Czas na pieniądze. Sprawa nie jest wcale prosta, bo za jedno euro można dostać aż pół tysiąca dramów. Kiedy w końcu ogarniamy przelicznik i pierwszy raz w życiu jesteśmy prawdziwymi milionerami, ruszamy w dalszą podróż.


Ku mojemu zdziwieniu, za granicą nie ma niczego. Jazda tym odcinkiem jest jak spacer po lesie. Nie mija nas żadne auto. Nie widać domów. Żebyście lepiej poczuli klimat, wstawię kilka zdjęć, które robiliśmy w sporych odstępach czasu.

 
Ujęcie pierwsze.


Ujęcie drugie.


I ujęcie trzecie...

Czuję, że się zakochałam. Takie same widoki za oknem miałam już nieraz, ale tym razem jestem pewna, że ten kraj będzie niesamowity. Dookoła same drzewa, jesteśmy tylko my i cisza. Ale nie taka cisza, która nudzi czy przeraża. Ta ma w sobie nutkę magii - uspokaja i zapowiada, że zbliża się coś niesamowitego. Coś wielkiego.

Zbliża się obiad.


'A wódkę lubicie?'

Zatrzymujemy się przy niewielkiej, ukrytej za drzewami chatce. Gospodyni prowadzi nas do altanki - kamiennymi schodkami w dół strumyka. Kierowca mówi z ekscytacją, że zabiera nas na taki obiad, jakiego jeszcze nigdy nie jedliśmy. I pyta, czyli lubimy wódkę. No jasne że tak, z Polski przecież jesteśmy. Mężczyzna znika na chwilę i wraca z colą i szklaną butelką. Ku naszemu zdumieniu, napełnia trzy szklanki. Alkohol jest domowej roboty, więc procentami bliżej mu do spirytusu, ale od razu śmieje mi się buzia - jeśli Armenia wita nas w ten sposób, to ja chcę tu zostać na zawsze.

Jedzenie faktycznie jest kosmiczne. Wszystkie potrawy tradycyjne dla regionu, łącznie z 'ormiańskim zielem', czyli niesamowicie aromatycznymi, bordowymi listkami, którymi przegryza się sery czy mięso. No po prostu orgia kubków smakowych.

 

Podczas uczty kierowca narzuca spore tempo z piciem, dlatego za połową butelki wycofujemy się i dostajemy resztę 'na drogę'. Najedzeni, lekko zamroczeni wracamy do samochodu. Myślałam, że po piciu wódki kierowca zrobi jakąś pauzę, ale od razu sobie uświadomiłam, że to nie ta część świata. Że tu są za mocne wpływy rosyjskie. Że nawet jeśli mam wątpliwości, czy chcę jechać z kierowcą, który pił, to... To przecież i tak oczywiste, że tu co drugi będzie po alkoholu. Oni to mają we krwi. Oni w ogóle urodzili się pijani. I poza tym, co to dla nich dwie szklaneczki wódki? Pewnie tyle, co dla mnie łyk radlera.

I jedziemy dalej. Uznaję, że dla tego kierowcy to było jak postój na kawę.

Prześlij komentarz

.