Wszystko o Tanich Lotach - Poszukiwania.

Zgodnie z moją zapowiedzią dotyczącą Poradników Tanich Lotów, postaram się dzisiaj rozwiać tajemnicę wyszukiwania biletów za pół darmo. Gdzie je kupić? Jak je kupić? Kiedy polować na promocje? Być może wielu z was posiada już tę wiedzę, niemniej ja w związku z powtarzającymi się pytaniami JAK TY TO ROBISZ? postanowiłam zebrać odpowiedzi na wszystkie nurtujące was pytania w jednym miejscu.


tanie loty, jak szukać tanich lotów, jak podróżować tanio

Moda na tanie loty zaowocowała dziesiątkami wyszukiwarek, stron i facebookowych grup. Ja szukając tanich lotów najbardziej cenię sobie 3 rzeczy: podawane informacje muszę być udostępniane szybko, muszą być rzetelne i aktualne. Nic przecież bardziej nie denerwuje, jak fake news o tanich biletach, które w rzeczywistości okazują się być w normalnej cenie.

Jako że należę do osób które nie potrafią się skoncentrować na wielu rzeczach naraz, ostatnio zrobiłam małe porządki i odfiltrowałam wiele źródeł, które informowały mnie o tanich lotach. Swego czasu powiadomienia (mailowe, na Facebooku) dostawałam w takich ilościach, że nie byłam w stanie ich przetworzyć i przestałam na nie zwracać uwagę, przez co ominęłam kilka naprawdę fajnych promocji. Być może uznacie, że to o czym napiszę to za mało. Ja zaprezentuję jednak subiektywny ranking moich niezawodnych metod - w zredukowanej liczbie, ale póki działają, mi to wystarczy.


JAK?
Szukanie tanich lotów to sztuka i umiejętność, której trzeba na początku poświęcić trochę czasu i cierpliwości, ale z całą pewnością zaowocuje. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że więcej razy nie kupisz biletu na który będziesz polować, niż sfinalizujesz transakcję - więc grunt to się nie zniechęcać.

KILKA WSKAZÓWEK

Zanim przejdziemy do konkretnych stron z tanimi lotami, chciałam wypisać kilka swoich przykazań.

1. Ogranicz się do bagażu podręcznego.
Co?! - krzyknęło właśnie 50 czytelniczek mojego bloga. A gdzie ja spakuję prostownicę, odżywkę do włosów i mój zestaw kosmetyków?

Spokojnie, zapewniam - bagaż podręczny to bardzo dużo - zmieszczą się śpiwór, namiot, ciepłe ubrania - o ile potraficie się dobrze spakować (tak, tu będzie link do kolejnego poradnika). Po pierwsze, bagaż podręczny jest bezpłatny i potrafi być naprawdę pakowny, zwłaszcza jak znacie kilka trików jak wejść na podkład, mając za dużo. Po drugie, nawet gdybyście mogli spakować nielimitowany bagaż za darmo - czy aby na pewno potrzebujecie brać dużo rzeczy na weekend w Barcelonie? Od biedy zawsze możecie z koleżanką/kolegą kupić jeden bagaż rejestrowany na pół ale pamiętajcie, że o ile planujecie podróżować backpackersko, to im mniej kilogramów na plecach, tym lepiej. Dla mnie limity są świetnym hamulcem żeby nie brać za dużo głupot, ale i tak nie powstrzymuje mnie to od podróżowania z prostownicą, olejkami do włosów i pluszową maskotką Kermita.

2. Nie celuj w konkretne miejsce ani konkretny termin.
Nie grymaś. Zamiast na upartego szukać 'tanich biletów na weekend do Rzymu z lotniska w moim mieście', pozwól sobie na odrobinę szaleństwa. W prezentowanych dalej wyszukiwarkach lotów użyj funkcji lecę do: 'Gdziekolwiek', 'pokaż terminy z całego miesiąca', 'uwzględnij lotniska w pobliżu'. Latanie tanio nie zawsze jest wygodne ale to chyba nie powinno dziwić, kiedy kupujecie bilet za 29zł - zawsze jest coś za coś. Zdarzyło mi się kupić bilet do miasta, o którym nie wiedziałam nawet w jakim państwie się znajduje. Zdarzało mi się jechać przez pół Europy na lotnisko stopem, żeby skorzystać z tanich lotów jeszcze dalej. Podróżowanie to przygoda i pozwólcie sobie czasem na element zaskoczenia.

3. Nie celuj w terminy weekendowe, świąteczne, sylwestrowe.
Masa ludzi przemieszcza się wtedy po całej Europie i w tych okresach ceny biletów są naprawdę wysokie, natomiast zazwyczaj niedługo później następuje wyprzedaż i wielka obniżka cen.

4. Przeglądaj loty w trybie incognito.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale jeśli wasze wyszukiwania faktycznie są zapisywane i wpływają na wyższe ceny biletów w interesujących was kierunkach, lepiej przeglądajcie tanie loty używając w przeglądarce trybu incognito.

5. Nie zastanawiaj się - kupuj szybko.
'Najpierw zrób, potem pomyśl' - to moje motto życiowe i mimo że kilka razy zaprowadziło mnie do katastrofy, myślę że ostatecznie i tak wychodzi mi to na plus. Prawda jest taka że ile razy się zastanawiałam czy dany termin lotu na pewno mi odpowiada, to prawie zawsze odpowiedź brzmiała nie. I co? Na prawie 40 lotów które kupiłam, tylko raz nie wykorzystałam biletu. Jak się bardzo czegoś chce, to i sposób na to się znajdzie, a nawet jeśli się nie uda, to bilet za 50zł to nie majątek.

6. Zapisz się do newsletterów i facebookowych grup
Nikt nie kupi twoich biletów za ciebie!

7. Kombinuj.
Znalazłeś tani bilet w jedną stronę liniami A, ale powrót jest już drogi? Sprawdź, czy w drugą stronę możesz polecieć liniami B. Lecisz z Katowic i nie odpowiada ci godzina powrotu? Sprawdź, czy może powrót do Krakowa poprawi sytuację. Kombinuj - przesiadki w powrocie, powrót w inne miejsce, łączenie przewoźników. Te najbardziej banalne rozwiązania wybiera większość ludzi, dlatego wykaż się sprytem.

8. Kiedy kupować?
Nieprawdą jest, że bilet trzeba kupić pół roku wcześniej - nie ma zasady czy lepiej kupić bardzo wcześnie, czy bardzo późno i z tego co zauważyłam ostatnio, 2-3 tygodnie przed wylotem są dobrym rozwiązaniem. Zawsze warto jednak korzystać z takich okazji jak 20% obniżki Wizzaira czy Black Friday w Ryanair.




POSZUKIWANIA
Fly4free.pl
Pewnie nie będzie to zaskoczeniem, ale ja jestem tradycjonalistką i wierzę, że w 100% dobrze wykorzystane narzędzia będą wystarczające. Moją ulubioną stroną, na której molestuję przycisk odświeżania i którą ukradkiem co chwilę sprawdzam gdziekolwiek jestem, jest Fly4free.pl. Codziennie dodawane informacje o tanich lotach, ciekawe artykuły, informacje o zmianach w regulaminach przewoźników, promocje linii lotniczych, relacje z podróży i aktualne informacje dotyczące miejsc z pewnością wystarczą na początek. Dodatkowo, po prawej stronie w witrynie zobaczyć możemy sekcję 'Lastminuter' - ja akurat nigdy z niego nie korzystałam, ale wierzę że skoro tam jest, to miewa ciekawe oferty.

Dodatkowo Fly4free.pl prowadzi swoją stronę na Facebooku. Ciekawe oferty wyszukiwane przez użytkowników portalu możecie natomiast znaleźć na Forum.

Fly4free.com
Być może mniej znanym rozwiązaniem jest kolejne fly4free, ale tym razem jest to Fly4free.com. Strona gromadzi loty z całego świata, więc jeśli rezydujecie w innym kraju bądź na innym kontynencie, albo nie przeszkadza Wam robienie sobie przesiadki we Francji czy Anglii, serdecznie polecam. Dość często aktualizują Fanpage - wczoraj widziałam Kanary za 1 euro z Francji.

Ryanair, Wizzair
Jeśli już mówimy o tym, że jestem tradycjonalistką, pewnie zdziwi was fakt, że najczęściej tanich lotów szukam... bezpośrednio na stronie przewoźnika. Ze względu na liczność lotów z Polski jest to Ryanair i Wizzair. Tak, wiem, brzmi jak żmudne przeszukiwanie miliona połączeń i faktycznie, czasem rozpisywałam sobie jakąś podróż nawet i dwie godziny, a i tak ostatecznie nic nie kupiłam. Jednak mając trochę wprawy, szukanie tanich lotów z czasem idzie jak z automatu.

Dla niezdecydowanych i elastycznych, polecam wyszukiwarkę Ryanair. Koniecznie obczajcie opcję: 'do: Gdziekolwiek!'.

Zresztą, nie trzeba dużo szukać, żeby coś znaleźć. Oto przykładowy screenshot z dzisiaj ze strony głównej Ryanaira:

tanie loty, jak szukać tanich lotów, jak podróżować tanio


Warto jeszcze zwrócić uwagę, że Ryanair i Wizzair oferują tanie loty nie tylko po Europie. Z niedawno otwartych kierunków mamy na przykład trasę Budapeszt-Kazachstan, coraz więcej połączeń na Wyspy Kanaryjskie, Maroko bezpośrednio z Polski czy Izrael, który przetestuję już za 2 tygodnie.

Dodatkowo Wizzair umożliwia opcję kupienia karty Wizzair Discount Club. Roczne członkostwo standardowe kosztuje 30 euro i oprócz zniżek, oferuje też zniżki dla towarzysza podróży (koniecznie na wspólnej rezerwacji). Ceny z kartą wizzair wyświetlają się pod standardową ceną podczas wyszukiwania.

Zachęcam też do zapisania się do newsletterów - Ryanair bardo często sprzedaje bilety po 10 euro, natomiast Wizzair robi 20% obniżki cen.


Skyscanner
Moim kolejnym hitem do szukania lotów i w zasadzie jednym z zaledwie 3 narzędzi do wyszukiwania, jest strona Skyscanner.com.

To, co lubię w nim najbardziej, to dodatkowe opcje w wyszukiwaniu. Możemy wpisać miejsce startu, kierunek, a następnie z kalendarza wybrać 'cały miesiąc' lub 'cały rok'. Wyszukiwarka nie wymaga też podania kierunku - równie dobrze możecie wpisać 'Gdziekolwiek' i dostaniecie wtedy posortowaną listę najtańszych kierunków na podany termin. Uogólnianie przy wyszukiwaniach - na przykład wpisywanie z: Europa, do: Tajlandia, uświadomiło mi że czasem taniej jest kupić bilet Warszawa-Kijów-Bangkok, niż samo Kijów-Bangkok (ten sam przewoźnik, ten sam termin).

Z moich ogólnych obserwacji wynika, że: opłaca się latać z Niemiec (gdzie dolecicie Ryanairem), do Azji można latać tanio ze Stambułu - liniami Air Arabia, 

Ja lubię też szukać osobno biletu w jedną i osobno w powrotną stronę - czasem cena pokazuje się jako suma za obie, podczas gdy przelot 'do' może kosztować 30zł, a powrót 10 razy tyle. Co wtedy robię? Szukam powrotu do innego miasta. Wystarczy wybrać opcję 'uwzględnij pobliskie lotniska'.


Inne wyszukiwarki:
Momondo.pl
Kayak
Azair

Polecam również:
Mleczne Podróże
Loter

MOJE UWAGI
Na koniec chciałabym trochę jednak ostudzić podekscytowanie i szaleństwo na myśl o kupieniu czegokolwiek, gdziekolwiek I co w Google grafika będzie wyglądać ładnie. :) Nie zapominajcie że idzie zima, a co za tym idzie w wielu popularnych egzotycznych krajach może być po prostu chłodno czy deszczowo. Pokusiłam się kiedyś o taki wpis o pogodzie na Facebooku. 

Zwróćcie też uwagę, że tanie latanie z przesiadkami może być męczące, a same lotniska nie mają często nic wspólnego z miejscami, które są w nazwie - jak chociażby Paryż-Beauvais. Zdarza się, że transfer z takich lotnisk do interesujących nas miejsc może kosztować więcej, niż sam bilet (wiecie że ModlinBus z centrum Warszawy do Modlina kosztował mnie więcej, niż bilet do Norwegii?...). W połączeniu z autostopem oczywiście takie koszty znikają, ale jeśli wolicie bardziej zaplanowane podróżowanie, weźcie pod uwagę wszystkie ukryte mankamenty tanich lotów.

Kolejny poradnik Taniego Latania już niedługo.


A na koniec: Moja mała prośba.

***

Czy udało Wam się coś kupić? Koniecznie się pochwalcie!

Wszystko o Tanich Lotach - seria poradników. Wstęp.

Mimo że blog w założeniu miał być autostopowy, od dłuższego czasu lubuję się w wyszukiwaniu przelotów w cebulowych cenach. Moimi typowymi zachowaniami stały się: szybkie wypady po Europie w odstępach krótszych niż 1 miesiąc (przy pracy na cały etat), nerwowe odświeżanie strony z tanimi lotami co 3 minuty (naprawdę) oraz wiecznie wyzerowane konto w banku. Jeśli więc chcesz dołączyć do klubu uzależnionych od tanich lotów - zapraszam serdecznie na serię poradników którą właśnie rozpoczęłam, to wpis właśnie dla Ciebie!


tanie loty, jak szukać tanich lotów, jak podróżować tanio

Odkąd wróciłam z delegacji w Korei, zdążyłam polecieć na Cypr, a miesiąc później do Maroka. Dziś spojrzałam na nierozpakowaną kosmetyczkę która od dwóch dni leży na szafce i już miałam zacząć wyjmować z niej rzeczy kiedy uświadomiłam sobie, że przecież za 2.5 tygodnia lecę do Izraela (56zł). Schowałam wszystko do szafki myśląc sobie, że wcale nie jestem leniwa. Po prostu już zaczynam gromadzić rzeczy na kolejny wyjazd.

Szczerze mówiąc jeszcze kilka lat temu nie lubiłam ludzi, którzy latali tanio. Zazdrościłam im. Nie wiedziałam jak oni to robią i skąd do cholery biorą się bilety do Skandynawii za 2zł - byłam pewna, że za tymi kolorowymi opowieściami kryje się masa dodatkowych opłat, limitów i niedogodności. Nigdy w życiu nie leciałam samolotem i nawet nie wiedziałam, jak kupić bilet. No a przede wszystkim, brakowało mi odwagi. Stopem na koniec świata? Spoko. Do samolotu jednak musiałam się przełamać i nastąpiło to w roku 2014. Bilety nie były jakoś rekordowo tanie, ale od tego czasu wyszukiwanie coraz to lepszych okazji stało się moim hobby, a ostatecznie - uzależnieniem. Kompulsywne kupowanie biletów wpędziło mnie kilka razy w tarapaty, dlatego uważajcie, to wciąga!

Dwa lata temu pobiłam swój własny rekord - stosunek jakości miejsca do ceny biletu do dziś budzi we mnie dumę. Za całe 9.99 euro w jedną i tyle samo w drugą stronę poleciałam na Wyspy Kanaryjskie, a promocję upolowałam w Black Friday. Ponieważ już za 3 dni znowu będziemy obchodzić to 'święto', postanowiłam stworzyć całe kompendium Taniego Latania.

Jeśli macie jakieś uwagi, chcecie mnie poprawić albo dodać coś od siebie - piszcie śmiało. Latam od 3 lat i mój dorobek dokumentuję na Flightradar24 - nie jest tego wcale tak dużo jak autostopu, ale myślę że jak na osobę która studiowała dziennie i pracuje na cały etat, podróżuję nawet sporo. :D

Jak szukać tanich lotów? Gdzie i dokąd się przesiadać? Jak spakować się w bagaż podręczny? To i wiele innych, oraz moje kierunki, które mogę Wam polecić, będę publikować od jutra do końca przyszłego tygodnia na blogu. Izrael za 29zł? Cypr za 80zł? Maroko za 112? Zapraszam do obserwowania Facebooka! (oraz oczywiście do wyłączenia reklam ;))


Podrawiam!
Emi.

3-dniowa wycieczka na pustynię, Sahara na wielbłądzie (Merzouga, Maroko).

Trzydniowa wycieczka na pustynię jest idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy do Maroka wybierają się na tydzień i chcą w tym czasie zobaczyć jak najwięcej. Mimo że szybkie podróżowanie i bieganie z miejsca w miejsce nie jest w moim stylu, drugi raz w trakcie wszystkich moich podróży z braku czasu zdecydowałam się na takie właśnie rozwiązanie. Zapraszam na garść porad jak nie dać się zrobić w konia, a w drugiej części na relację bez spojlerów, czyli ciepłe wspomnienie listopadowej Sahary!

3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty


Skąd pomysł?
To, co z poprzedniego wyjazdu do Maroka zrobiło na mnie największe wrażenie, to wycieczka na wielbłądach i noc na pustyni. Było to w roku 2014 i miałam wtedy mnóstwo czasu. Poruszanie się autostopem po Maroku sprawiało mi przyjemność nawet wtedy, kiedy utknęłam gdzieś na jakimś pustkowiu - jestem z tych osób, które uwielbiają nigdzie się nie spieszyć i spędzenie połowy dnia w jakiejś marokańskiej wiosce zabitej dechami w ogóle mi nie przeszkadzało. Pamiętam że po kilku dniach i wielu niesamowitych osobach poznanych na stopa, w końcu doczłapaliśmy do Merzougi, gdzie oczywiście całkiem przez przypadek zostaliśmy zaproszeni do riadu z basenem, a następnego dnia praktycznie za półdarmo zabrano nas wielbłądami na noc na pustyni. W tym roku bardzo chciałam wielbłądy i Saharę powtórzyć, ale niestety tym razem wybrałam się do Maroka na zaledwie tydzień, korzystając z resztek urlopu i tanich lotów z Wrocławia do Agadiru (tu będzie link do poradnika tanich lotów :).

Jestem typem osoby, która biura podróży omija szerokim łukiem. Dla mnie jechanie na własną rękę to podstawa nazwania wyjazdu 'podróżą', a już w ogóle jechanie bez planu to kwintesencja niezależności i elastyczności, na którą niestety ostatnio nie mogę sobie pozwolić ze względu na mało czasu. Poza tym nie przyzwyczaiłam jeszcze Patryka do autostopowych wypraw 'na przypale', więc stopień niezorganizowania naszych wyjazdów postanowiłam wprowadzać małymi kroczkami. :)

A przechodąc do konkretów: organizatorem naszej trzydniowej wycieczki było Sun Dunes Experience.


Dokąd jedziemy?
Dwa najpopularniejsze kierunki na przejażdżkę na wielbłądzie i noc na pustyni to Merzouga i Zagora. Ja już wcześniej o Zagorze znalazłam kilka średnio zachęcających opinii ('płaskie pustkowie, nie pustynia'), dlatego ponownie wybrałam Merzougę. Oba miejsca, patrząc na mapę Maroka, znajdują się prawie przy granicy z Algierią, a do przejechania są jeszcze góry Atlas, marokańskie pustkowia i kręte drogi. Wycieczkę można rozpocząć w Marrakeszu lub Fezie - albo ruszyć z jednego miasta i wrócić do drugiego.

3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty

Po pustyni można też jeździć jeepem 4x4. Nie wiem ile to kosztuje, niektórym pewnie sprawiłoby większą frajdę niż niewygodny grzbiet wielbłąda, ale ja tak je uwielbiam - te wyjące futrzaki, przeżuwające sznurek przełożony przez pysk, że najchętniej kupiłabym sobie takiego i przejechała nim pół Afryki.



Wybór biura, cena, plan.
Jak już pisałam, zdecydowaliśmy się na sprawdzone i dobrze oceniane biuro Sun Dunes Experience. Prawda jest taka, że cały Marrakesz aż huczy od reklam i biur oferujących podobne wycieczki, ale ja chciałam coś pewnego i sprawdzonego. Wybraliśmy się na długi spacer przez pół miasta, aby dotrzeć do ich siedziby i wytargować jakąś atrakcyjną cenę. Jakież było nasze zdziwienie kiedy pod koniec przechadzki zobaczyłam, że miałam na mapie zaznaczone zupełnie inne miejsce. :) Usiedliśmy w pierwszej lepszej kawiarni i postanowiłam dobić targu przez... Facebooka.

Cała akcja trochę mnie martwiła, bo chcieliśmy wyruszyć na pustynię już następnego dnia. Tu mała uwaga - nie rezerwujcie wycieczek przez Internet! Zapłacicie krocie, a na miejscu bez problemu znajdziecie miejsce nawet dla 4 osób, nawet na ostatnią chwilę. Każdego dnia z Marrakeszu rusza mnóstwo busów pełnych turystów, więc nawet szukając dzień przed bez trudu coś znajdziecie - a zajmując ostatnie wolne miejsca jest szansa, że uda Wam się dostać lepszą cenę. O zgrozo, czytałam relacje gdzie przy tym samej trasie ludzie za 3 dni płacili ponad 100 euro, ale decydowanie nie polecam dawać się robić w balona. W całym zresztą Maroku normą jest, że kupujesz coś za połowę, czasem nawet 1/3 ceny wyjściowej, a i tak nigdy nie wiesz czy to dobra cena, czy wciąż zawyżona...

Ale jeśli ktoś z was uzna, że 80, 70 czy 60 euro to dużo, to polecam policzyć, co macie w tej cenie.

Standardowy plan 3-dniowej wycieczki obejmuje (a przynajmniej powinien): odebranie z hotelu i ostawienie z powrotem, przejazd całkiem wygodnym busem (w obie strony to 1200km), 2x śniadanie, 2x dużą i dobrą kolację, dwa noclegi - jeden w hotelu po drodze, drugi na pustyni w berberskim namiocie. Po drodze postój w punkcie widokowym gdzieś wysoko w górach Atlas (pięknie jest, 2200m n.p.m.), wizyta w Ait Ben Haddou znanym jako plan filmowy m.in. dla Gladiatora czy niektórych scen Gry o Tron, czas wolny w Ouarzazacie (o co walczyłam z naszym kierowcą, bo nie chciał się zatrzymać), podróż wielbłądami do berberskiej osady, oglądanie zachodu/wschodu słońca i noc na pustyni pod milionem gwiazd, zwiedzanie doliny Dades, prezentacja jak produkuje się ręcznie tkane dywany i spacer w wąwozie Todra.

Cena nie obejmuje: obiadów w mocno zawyżonych cenach, na które zatrzymywaliśmy się zazwyczaj pośrodku niczego. Dwa razy udało nam się jednak w okolicy znaleźć alternatywny posiłek, ale raz byliśmy skazani na jedzenie tam, gdzie nas zawieziono - właściciele knajpek widząc Niemców i Japończyków lubią wtedy wyciągać menu z 3, 4 razy wyższymi cenami niż obiad jest warty. No cóż, taki urok Maroka - prędzej czy później komuś uda się na tobie zedrzeć. Nam przytrafiła się jeszcze jedna wątpliwa sytuacja, ale o tym napiszę za chwilę.

Ostatecznie po podliczeniu kosztów transportu, posiłków, noclegów i zwiedzania po drodze, zgodnie zadecydowaliśmy: worth it. Zresztą i tak nie mieliśmy za dużego wyjścia, bo dla mnie wypożyczenie auta w Maroku to szaleństwo, a zresztą nawet gdybyśmy dotarli do Merzougi sami i szukali wielbłądów na własną rękę, to i tak kosztuje to 30-35 euro.

Szybki poradnik jak nie dać się naciągnąć za bardzo:
1. Weźcie jakiś prowiant na drogę, bo na stacjach na których będziecie się zatrzymywać po drodze ciastka będą kosztować 15zł. My obkupiliśmy się w Carrefourze w Marrakeszu i jako prowiant suchy zabraliśmy tony wafelków, batoników i chipsów.

2. Chusty, które są obowiązkowe przy wizycie na pustyni (chronią od słońca, piasku, wiatru), kupicie w Marrakeszu w medynie. Te najprostsze mają przyklejone ceny '20dh', więc myślę że za 15 spokojnie utargujecie. Po drodze na pustynię będą kosztować 50dh, a na samej pustyni... nie wiem, ale dużo. :)

3. Kolejnym 'biletem wstępu' na pustynię jest woda, bo trzeba mieć własną. Ja co prawda zadbałam o to, żeby mieć ze sobą sto butelek NO BO EJ SŁUCHAJCIE ODWODNIMY SIĘ, KUPMY JESZCZE ZE DWIE. Oczywiście wyszło tak, że po południu na wielbłądach wyruszyliśmy bardzo późno i słońce prawie nie świeciło, a rano było dla mnie za zimno na picie czegokolwiek, więc ze swoich stu litrów nie wypiłam ani jednego łyczka.

Niemniej wodę dobrze mieć, bo wozi ją bus, a jak nie pomyślicie o tym wcześniej, to przyjdzie wam ją kupić na stacji zaraz przed Merzougą - nawet nie pytaliśmy o cenę, ale musiała kosztować horrendalne pieniążki.

4. Wizyta w Ait Ben Haddou powinna kosztować 10dh więc jeśli ktoś wam powie że 40 to śmiało mówcie, żeby się gonił. Od nas wyciągnięto po 40dh od głowy a ja głupia nawet nie poprosiłam o bilet, żeby sprawdzić cenę. Na szczęście sprawę wyjaśniłam z biurem i obecnie czekam na zwrot. Niemniej lekki niesmak pozostaje.

Przebieg trasy
Opisuję w osobnej notce - jak ją skończę, to podlinkuję tutaj. :)

3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty
3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty
3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty
3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty
brudny ma już pyszczek po trudach podróży, ale kolejny raz wybrał się w podróż ze mną
3dniowa wycieczka na pustynię, wielbłądy, maroko, tanie loty
mój wielbłąd to oczywiście ten z niedowagą, jak ja cała

Moje wrażenia
Dziwnie mi to mówić, ale ja z wycieczki jestem nawet zadowolona. Oprócz tego że nie zatrzymaliśmy się na godzinę w Ouarzazacie, chicas z którymi jechaliśmy wiecznie się spóźniały, a do tego chłopak który oprowadzał nas w Ait Ben Haddou orżnął nas na 30dh od osoby (punkt dla Sun Dunes Experience, że sprawę wyjaśnili i zwrócą nam hajs), wszystko było tak jak należy. No, może jeszcze niesamowitą traumę wywołała u mnie ostatnia godzina drogi busem, na szczęście już dnia trzeciego, kiedy to chicas i 4 Syryjczyków z Holandii (którzy mówili po polsku) wpadli na pomysł, żeby zapętlić w busie Despacito. Już od dawna dostaję padaki kiedy słyszę tę piosenkę, ale teraz czara goryczy się przelała. Trwało to godzinę bo Syryjczycy puszczali ten kawałek chyba we wszystkich językach świata, a co gorsza, na koniec ja w ramach rewanżu musiałam włączyć coś polskiego i śpiewałam 'Ona tańczy dla mnie'. SOLO.

Oprócz przepysznej kolacji na pierwszym noclegu i ciekawej prezentacji tkania dywanów czego nie widziałam poprzednio w Maroku, dla mnie ogromnym plusem był sprawny transport. Ani autostopem, ani wypożyczonym autem nie przemknęlibyśmy przez marokańskie pustkowia, góry i kręte drogi z taką sprawnością, jak nasz kierowca, który lubił depnąć w gaz. Widać pośpiech ma swoje minusy, ale też plusy - absolutnie nasyciłam się widokami Maroka przez te 3 dni.

Dla mnie obcowanie z naturą, zwłaszcza z jakimś bezkresem oceanu, pustyni, fiordów czy gór, to coś co ładuje baterie, pozwala odetchnąć od gwaru miasta i zastanowić się nad rzeczami, o których nie mamy czasu myśleć na co dzień. Każdy ma swoje preferencje, ale moim zdaniem przejażdżka wielbłądem po pustyni to punkt obowiązkowy w Maroku. Tym bardziej warto, że cisza na pustyni jest genialnym oderwaniem od hałasu marokańskich miast. A poza tym - jak można pojechać do północnej Afryki i nie zobaczyć pustyni?




Jak wyklułam małe żółwie - Cypr i plaża Lara.

Tup, tup, tup. Cztery małe łapki. Dwoje upiaszczonych oczu. Jeden cel: bezpiecznie dobiec do morza. O żółwiach karetta i żółwiu zielonym miałam okazję słyszeć nieraz, a kiedyś nawet widziałam o nich film dokumentalny. Czytała Krystyna Czubówna a ja pewnie pomyślałam, że gdzieś tam w tropikach świat jest fajny i ciekawy.

Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że przypadkowo przyjdzie mi brać w takim filmie udział.

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

Off-road
'Żółwie, żółwie. Żółwie sobie wymyśliłaś'. Narzekanie słyszałam odkąd wjechaliśmy w taką dziurę w ziemi, że kurz z całej drogi wzbił się do góry i zrobił nam przed maską wielką zasłonę dymną. 10-dniowy urlop na Cyprze postanowiłam urozmaicić poszukiwaniem przygód i właśnie za taką przygodę uznałam informację, że całkiem niedaleko naszej trasy z Pafos do Polis znajduje się plaża, na której gniazda zakładają żółwie morskie. Ale kiedy nawigacja pokazuje 10 km drogi i 50 minut do celu wiedz, że to przygoda cięższego kalibru i prawdopodobnie pakujesz się w poważne tarapaty. Zwłaszcza kiedy piaszczystą, dziurawą szosę pokonujesz wysłużoną meganką z silnikiem jak z kosiarki.

A jeśli tam gdzie jedziemy nie będzie żadnych żółwi?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby urwało nam się koło, żółwie nas olały, dzień byłby stracony a Patryk chciałby mnie zabić.

***

Przy znaku 'Lara cafe' wymiękłam. Wydawało mi się, że to jeszcze nie tu, ale jako pasażer nie miałam za dużo do gadania. Posłusznie wysiadłam i rozejrzałam się dookoła. Pusto i ani śladu żółwi, ich gniazd czy wolontariuszy. Poczułam rozczarowanie.

Przez chwilę miałam trochę pretensji do siebie, że to nie jest miejsce w które chciałam się udać. Byłam pewna że trafiliśmy na złą plażę i według mapy faktycznie, wysiedliśmy jakieś 4km za wcześnie. Miałam poczucie że coś straciliśmy, mimo że zgodnie z tym co czytałam w internecie, żeby trafić na moment odkopania gniazda żółwi, trzeba mieć naprawdę szczęście.

Minęliśmy małą kawiarnię i poszliśmy w stronę plaży - dziewiczej, otoczonej pustkowiem, bez setek leżaków i rosyjskich turystów. Niby pięknie, niby spokojnie i kameralnie, ale jednak czegoś mi brakowało. W piachu stało kilka metalowych konstrukcji, a na kamieniach obok były podpisy: W22. W39. Tak się składa że odkąd pracuję w korpo bardzo dobrze się orientuję 'który teraz mamy week', więc oznaczenia gniazd dość szybko rozszyfrowaliśmy - i nie zapowiadało się, żeby dzisiaj coś się z nich wykluło. Zresztą, takie to gniazdo, że wygląda jak lekko przekopana dziura w ziemi. Nic więcej.

Upór wziął górę. Naoglądałam się zdjęć żółwi i chcę je zobaczyć na żywo - z grymasem, ale stanowczo zawnioskowałam o spacer na drugą, oddaloną o godzinną wędrówkę przez pustynny krajobraz plażę.

Słońce prażyło i ciężko się oddychało, ja miałam na nogach klapki, a do przejścia był kawał drogi. Dreptałam tak po kamieniach i nagle z zadumy wyrwał mnie widok Patryka, którego zaczął gonić osioł. Prawdziwy, futrzasty, z żółtymi zębami, robiący 'i-o, i-oo'. Nie wiem, skąd na plaży wziął się osioł. Ten chyba był bardzo spragniony, bo zaczął gryźć butelkę z wodą. Daliśmy mu pić i jeszcze raz spojrzeliśmy na bezludny krajobraz.

I nagle nastąpił zwrot akcji.






cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze



Za nami niespodziewanie zaparkował jeep, z którego wysiadł starszy Cypryjczyk w kowbojskim kapeluszu i białej koszulce z rysunkiem żółwia i napisem: 'Save the turtles'. Za nim wyszedł mężczyzna z plastikowym wiaderkiem i wyczłapały dwie kobiety - przy czym jedna miała nogę w gipsie. Przymrużyłam oczy z niedowierzaniem. Oto na tym pustkowiu, dziewiczej plaży nieznanej turystom, ni stąd ni zowąd pojawia się ekipa rodem z filmu. Od razu zrozumiałam, że to jest mój dzień. Stałam jak zaczarowana i po prostu nie mogłam uwierzyć, że właśnie będę świadkiem pracy cypryjskiego wolontariusza. Pół metra pod piaskiem czekały na niego malutkie żółwiki morskie, które właśnie wyszły ze skorupki. Jak zwykle w takich momentach zaczęłam się zastanawiać, jakie są realne szanse, że akurat w tym dniu, akurat w tej godzinie i w tej minucie na takim odludziu spotkasz kogoś, kogo chciałeś znaleźć, ale nawet do końca nie wiedziałeś jak i przede wszystkim - kiedy. Gdyby w tamtym momencie ktoś z nich powiedział: 'Pani Emilio, czekaliśmy na panią żeby zrobić pani małe National Geographic na żywo', uwierzyłabym, że żyję w jakiejś bajce. Setny raz odkąd pierwszy raz wyruszyłam w autostopową podróż pomyślałam, że moje życie to jeden wielki niewiarygodny zbieg okoliczności.

Żółwia matka
Kopanie w piachu nie jest rzeczą przyjemną, bo w większości to wyjmowanie pustych lub zgniecionych jajeczek. Tylko niektórym żółwikom udaje się przeżyć. Byliśmy szczęściarzami. Ten po lewej, którego wzięła Niemka, trochę się rozruszał i zaczął wiercić się w dłoniach. Powoli otworzył oczy i otrzepał się z piasku. Spojrzałam jeszcze raz na starszego pana w białej koszulce. Trzymał skorupkę, z której od połowy wystawało nieruchome, malutkie ciało. To miał być jedyny żółwi braciszek z tego gniazda. Bezwładna łapka, zamknięte oczka. Wszystko trwało sekundy ale pamiętam, że zrobiło mi się strasznie przykro. Mężczyzna z nadzieją chuchał, głaskał i mówił coś po grecku.

50 cm pod ziemią, 100 złożonych jaj i 7 tygodni na wyklucie. Wyglądało na to, że przeżył tylko jeden maluch. Biorąc pod uwagę fakt, że w warunkach naturalnych, bez troski człowieka, żółwiki często zanim pokonają swoją pierwszą wędrówkę, są atakowane przez ptaki i drapieżniki, wcale nie dziwię się że są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Ogarnęła mnie nieziemska matczyna troska i poczucie odpowiedzialności. Czy ja w ogóle widziałam kiedykolwiek żółwia poza zoo? Radość i smutek naraz, emocje. Widok budzącego się życia w kontraście do życia, które już się skończyło. Najbardziej się przestraszyłam kiedy zobaczyłam, że ten drugi nie żyje. Wolontariusz ułamał kolejny kawałek skorupki i delikatnie wyjął malutką łapkę. Ale łapka nie poruszyła się.

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

Nagle krzyknął coś z radością. Jest! Łapka poruszyła się! Pisnęłam z radości. Kiedy wzięłam w ręce to nowonarodzone, malutkie, nieporadne stworzenie, złapała mnie taka czułość, że czuję ją do tej pory. Uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham życie. Swoje i tego malutkiego żółwika, który przed chwilą leżał bez ruchu. Uświadomiłam sobie, jak niesamowicie zaskakują i do granic obłędu doprowadzają mnie takie małe rzeczy, które dzieją się każdego dnia na świecie, a na które uwagę zwracamy tak rzadko. Rzeczy, które dzieją się niezależnie od nas i mimo że są normalne i powszechne, kiedy się je zobaczy, są cudem.

Lekcja przyrody
Na plaży Lara w okresie od czerwca do września wykluwają się dwa gatunki morskich żółwi - kareta i zielony. Cypryjski rząd utworzył tu rezerwat, w którym pracują wolontariusze z całej Europy - oznaczają gniazda, podpisują je datami, pomagają maluchom bezpiecznie dotrzeć do morza.

Dorosłe osobniki ważą od 100 do 500kg. Ale póki co ja tu trzymam na rękach maleństwa-pierdoły, które ledwo potrafią się z piachu otrzepać i powieki rozkleić, a przewracają się za pierwszym napotkanym kamieniem.

Położyliśmy zwierzątka na piasku i pilnowaliśmy, żeby całe i zdrowe dotarły do wody. Małe żółwie drogę przez plażę muszą pokonać o własnych siłach, żeby w ich głowach utworzył się 'kompas', aby mogły tu trafić z powrotem za jakiś czas. Co parę kroków pomagając im wstać, kiedy bezradnie przewracały się na skorupkę, odprowadziliśmy oba stworzenia do morza. Spojrzałam jeszcze kilka razy jak niewielkie fale porywają te maleństwa i z powrotem wyrzucają je na brzeg.

Płyńcie, kochane!




Cud numer x.
Wracaliśmy. Obróciłam się za siebie. Palący stopy piasek, lazurowa woda, malutkie żółwiki przebierające szybko łapkami, aby dotuptać jak najszybciej do wody. Być świadkiem narodzin, pomóc stawiać pierwsze kroki, podnieść, gdy bezradnie leżą na skorupce i machają łapkami. A do tego widzieć to wszystko na żywo i czuć się jak na planie filmu przyrodniczego - każdy wie że świat jest ciekawy, ale doświadczyć tego na żywo i być tego częścią - wtedy dopiero można to zrozumieć.

***
Zajawka do wpisu pojawiła się tutaj.

Moja prośba - wyłącz AdBlocka na blogu! :)

cypr, żółwie, plaża lara, najlepsze miejsca na cyprze

Jeden dzień wakacji: katastrofa nad Morzem Żółtym.

Kiedy jechałam metrem nad morze, czułam wielką ekscytację. Metrem nad morze, rozumiecie to? Ze stolicy. Na plażę. Pociągiem autonomicznym - takim bez kierowcy, takim gdzie stałam na początku pierwszego wagonu i patrząc przez wielką szybę wyobrażałam sobie, że to ja go prowadzę.

Ten niedzielny poranek był wyjątkowy, bo nie wybaczyłabym sobie pobytu w nowym kraju bez wizyty nad morzem. Na myśl o złocistym piachu, promieniach słońca i szumie fal, cieszyłam się jak dziecko. I tak jadąc tym metrem przez 2 godziny z dumą stwierdziłam, że normalnie to wszystko jest takie fajne, że aż zazdroszczę samej sobie.

Co prawda już przed wyjazdem do Korei nie spodziewałam się zbyt wiele. Morze Żółte nie słynie chyba z rajskich plaż, a kiedy wyszukałam przykładowe obrazy zrozumiałam, skąd nazwa 'żółte' (zielone?)



Od razu przypomniało mi się kilka głośnych katastrof ekologicznych, kiedy to do morza wyciekały tony oleju czy ropy naftowej, siejąc skażenie na ogromnych obszarach. Nie wiem czy dotyczyło to Morza Żółtego, ale biorąc pod uwagę fakt że znajduje się przy Chinach, wcale by mnie to nie zdziwiło. Zresztą nawet jeśli woda jakimś cudem jest czysta i nadaje się do kąpieli, prawdopodobnie każda plaża jest łakomym kąskiem i, jak wszystkie inne łakome kąski w azjatyckich krajach z takim zagęszczeniem ludzi, wygląda tak:


Podsumowując, moje oczekiwania nie były duże. Chciałam po prostu założyć letnią sukienkę, odpocząć od pracy, zobaczyć trochę natury, usiąść na rozgrzanym piasku i wejść po kostki do rześkiej wody.

***

Wysiedliśmy z metra na ostatniej stacji. Nagle wszyscy inni pasażerowie - Koreańczycy i Chińczycy - w dzikiej euforii zaczęli wiwatować i bić brawo. Następnie wyszli za bramki i... weszli do pociągu z powrotem. Zastanawialiśmy się przez chwilę, dlaczego każdy stąd od razu wraca? Nie chcą iść na plażę? Czy większą atrakcją dla nich jest przejażdżka autonomicznym pociągiem, niż chwila wypoczynku na łonie natury?

Pustki dookoła i odrapane knajpki z owocami morza nie były dobrym zwiastunem. Dziwny zapach zdechłej ryby, z pozoru nieodłączny element nadmorskich wycieczek, tym razem uderzał jakoś bardziej. Nie tracąc zapału pokierowałam chłopaków w stronę plaży. Ponieważ wszystkie restauracje - opuszczone i zdezelowane rudery - prezentowały się tak 2/10, postanowiliśmy zabić pierwszy popołudniowy głód daniem instant z 7eleven, które wydawało się być jedyną oznaką cywilizacji na tym odludziu.

Gorący ramen 'z papierka' zagryźliśmy lodami na deser. Jak prawdziwi Polacy, postanowiliśmy zrobić sobie pod plażowanie mały podkład, dlatego zaopatrzyliśmy się w kilka butelek zimnego soju (bardzo słaba koreańska wódka, ale wykręca jak mało która). Do tego sok mango, tanie czipsy cebulkowe, kilka piw Cass i zestaw plażowicza gotowy! Z czarnymi, nieprzezroczystymi siatkami pełnymi zakupów ruszyliśmy pokonać ostatni odcinek tej niespełna 3-godzinnej drogi.

Nie dało mi do myślenia, dlaczego jest tak mało ludzi i nawet stoisk z balonami napełnionymi helem jest tak niewiele. Gdy na horyzoncie pojawiły się pierwsze sosny, oczami wyobraźni zobaczyłam między nimi błękitną wodę i plażę jak z Tajlandii. Przyspieszyłam. Minęliśmy kilku wczasowiczów w samochodach campingowych. Jakaś starsza kobieta, strasznie fałszując, zaczęła grać na flecie Yesterday Beatlesów. Przedarliśmy się przez górkę śmieci i naszym oczom ukazał się widok. Wszyscy zamilkliśmy. Koślawa muzyka nadawała dramaturgii całej sytuacji. Po chwili ciszy zaczęłam się śmiać histerycznym śmiechem i dusiłam się tak przez cały spacer po plaży, czyli jakieś 5 minut.

W błocie stało plażowe krzesełko z parasolką i szyldem 'National Geographic'. Obok jakaś dziewczynka bawiła się piłką. W oddali pracowały wielkie żurawie, mimo, że była niedziela. Ku naszemu zdziwieniu, w odległości kilkuset metrów od plaży brodziło w bagienku naprawdę sporo ludzi w kamizelkach i żwawo coś zbierali.

Ze wszystkich rzeczy na świecie, tego spodziewałam się najmniej. Byłam w wielu dziwnych krajach, w wielu ubogich i zaśmieconych, ale czegoś aż tak brzydkiego nie widziałam nigdy. Naprawdę, nigdy, nigdy w życiu.


Take me down to the Paradise City.








Po zrobieniu naprawdę minimalnej, koniecznej liczby zdjęć, omijając uważnie martwe ryby, rury i to, co odsłonił odpływ, ruszyliśmy w poszukiwaniu ławki z najlepszym widokiem - najlepiej na drzewa zasłaniające morze. A raczej jego brak. Tylko zimne soju mogło nam w tej sytuacji pomóc.

I choć nie chciałam się przyznać wtedy, bo to w sumie ja wymyśliłam tę całodniową, ekscytującą wycieczkę nad morze, muszę to napisać: sorry chłopaki, zapomniałam wam powiedzieć i w sumie nie przemyślałam faktu, że w drugiej połowie lipca jest odpływ...


Zdjęcia - źródła: [fot.1] [fot.2] [fot.3]


Korea. Dzień, w którym zmieniło się wszystko.

Powody były dwa. Być może ktoś z Was stwierdzi, że...


#1 PRZEMYTNIK
Katarzyna skomentowała Pierwsze wrażenia z Korei:

Odpowiadam: tak, gdyby ta historia nie miała szczęśliwego zakończenia, nie uwieczniałabym jej na blogu. Odnalazłam dilera, a moje awaryjne zapasy na 1,5 miesiąca powiększyły się o dwa wyborne egzemplarze. Mój wywiad odnalazł osobę, która leciała do Seulu i mogła dostarczyć mi towar. Głaszczę opakowanie i napawam się samym patrzeniem.

***

W ogóle to sprzedam Wam ciekawostkę: to, że w Korei (i Azji) nie ma czekolady, już zauważyłam rok temu. To że mają obrzydliwe słodycze, też. Ale ostatnio w naszej korpo stołówce Azjatom kolejny raz udało się wywołać we mnie zdziwienie.

Kończyłam jeszcze obiad, a J. poszła po 'deser'. W małych miseczkach czasem są sałatki, czasem coś na słodko.

J. przyniosła talerzyk z makaronem z zupki chińskiej. Surowym, suchym, wiecie, takim twardym. I posypanym cukrem.

- Spróbuj! To jest pyszne. Często jadamy to po obiedzie jako coś na słodko.

Zawsze byłam zdania że wszystkiego w życiu trzeba spróbować, ale tym razem postanowiłam odpuścić.


 


#2 PROMIENIE
Blada, niewyraźna żółta plamka zaczęła się przebijać przez grubą warstwę ciemnych chmur. Patrzcie, słońce! - wydarło mi się z piersi i momentalnie wyjęliśmy telefony, żeby uwiecznić ten fenomen na zdjęciach. Kiedy pierwszy raz w tym miesiącu zobaczyłam słońce, a przynajmniej jakąś oznakę że gdzieś tam jednak istnieje, moja wiara w Koreę i piękno świata wzrosły tysiąckrotnie. Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to depresyjne, kiedy przychodzi lato - ciepło, długie dni, wakacje - a wszystko dookoła jest tak cały czas szare i wygląda jak po jakimś katakliźmie. Mieszkam na ósmym piętrze i czasem chmury schodzą tak nisko, że nie widać dachów sąsiednich budynków. Raz gdy spacerowałam po mieście była taka pogoda, że wytworzyła się mgła i nie za bardzo było cokolwiek widać. Ale i tak nigdy w życiu nie zapomnę, jak którejś soboty wstałam o 10 i było tak ciemno, że musiałam zapalić wszystkie światła w pokoju. Ja rozumiem takie rzeczy w grudniu o 6 rano, ale żeby w lipcu w połowie dnia?

Trafiłam w Tajlandii na początek pory deszczowej, a w Malezji przekonałam się, że w takim klimacie nie ma czym oddychać. Ale mix deszczu i gęstego powietrza z dodatkiem egipskich ciemności i szarówy która trwa 3 tygodnie, to wyglądało już naprawdę jak koniec świata. Pamietajcie: jak do Korei, to w kwietniu albo we wrześniu. Innej opcji nie ma.

[Insta]

W lipcu powietrze według pomiarów miewało i 94% wilgotności, co przy 34 stopniach (nazwijmy to 'w cieniu' - no bo przecież nie w słońcu) dawało wrażenie sauny w wersji outdoor. Jeśli dodać do tego smog i spaliny, po 5 minutach spaceru czułam że moja twarz, ręce i nogi są mokre i oblepione brudem. Nic chyba dziwnego, że pierwsze wrażenia z Korei to BRUD I PIEKIEŁKO.

klimatyzacja vs. sauna na zawętrz - wszystkie szyby zaparowane

Pogoda - niby wątek poboczny, tło, coś co jest tylko dodatkiem. A jednak potrafi wszystko popsuć, zmienić plany, wpływać na podejmowane decyzje. I w przypadku pierwszej wizyty w danym kraju, moim zdaniem - zupełnie zmienić postrzegany obraz, zniechęcić i niepotrzebnie zmęczyć. Zwłaszcza, kiedy przez prawie miesiąc pozostaje taka sama. Wyobrażacie sobie jakie to smutne, kiedy najgorszą porą roku jest lato?

... a jednak nie! Od kilku dni coś się zmieniło. Zapytałam nawet w pracy, co to za anomalie pogodowe, że dziś widać było kawałki błękitnego nieba. Jak się okazało, kończy sie monsun. Od dzisiaj deszcz przestanie padać, powietrze będzie suche, a moje włosy przestaną sie kręcić. Świat będzie piękniejszy, a mi poprawi sie humor. Można? Można. Taką Koreę to ja lubię.

Od dzisiaj przestanę narzekać.

Seul nabrał kolorów.

***
...jestem niewymagająca? Nie, to nieprawda.

Seul - zwykły poranek.

Piątek, 21 lipca 2017
Zawsze kiedy na blogu  zaczynałam od napisania daty, w kolejnym zdaniu było coś w stylu: 'obudziłam się o 9 i zaczęłam pakować plecak. Złożyłam namiot i poszłam łapać stopa'.

Dziś będzie trochę mniej ekscytująco, bo obudziłam się w hotelowym pokoju i przestawiłam budzik na kolejne 5 minut. Niby jak w domu, a jednak dopiero po chwili przypomniałam sobie że jestem w Korei, tak trochę na końcu świata. Nadal nie mogę się do końca przyzwyczaić, choć jest znacznie lepiej, niż na początku.

Pamiętam że pierwszej nocy gdy tu przyjechałam, była burza. Wiecie, taka azjatycko-tropikalna. Odsypiałam lot i byłam trochę nieprzytomna. Zasłoniłam okna grubymi, ciężkimi zasłonami, skręciłam klimatyzację, owinęłam się w pierzynę tworząc burito i w ciągu 10 sekund straciłam przytomność.

Obudziłam się gdy zagrzmiało tak, że byłam pewna, że coś się zawaliło. Brzmiało to trochę jak trzęsienie ziemi, kiedy wszystkie budynki rozpadają się jak domki z kart; takiego też obrazu zaczęłam spodziewać się za oknem. Potężny huk rozlał się tępym echem po sąsiednich wieżowcach i w moim pokoju zadrżały szyby. Wybudzona nagle, nadal nie do końca wiedziałam, gdzie ja w ogóle jestem i co tu robię. Wtedy przypomniałam sobie, że właśnie zamieszkałam w Korei, w Seulu. Ale pierwszego dnia wieczorem widziałam w CNN, jak wystrzeliwują kolejne rakiety w Korei Północnej. Zza okna rozległ się koleny grzmot. Mój wyrwany ze snu mózg złożył z tych informacji na szybko prosty wniosek: o kurna. Kim zaatakował.

Oswoiłam się już trochę z myślą, że nad hotelem dość nisko przelatują samoloty, grzmi często i na co dzień bywa głośno. Niemniej nadal mam mieszane uczucia co do faktu, że 50km od mojego miejsca zamieszkania zaczyna się najbardziej fanatyczny kraj na świecie.


***
A wracając do dzisiejszego poranka, to przewróciłam się na drugi bok i pomyślałam, że mi się nie chce. Na samą myśl o tym, ile zajmuje mi droga do pracy, chciało mi się jeszcze mniej. Na szczęście z chłopakami z firmy umówiłam się, że wychodzimy z hotelu 7:50 i jest to jedyny powód który sprawia, że nie spóźniam się do pracy.

Stacja Doksan. Z metra wylała się fala ludzi. Nigdy nie przestanie mnie dziwić, skąd się wzięło tylu Azjatów i jak to możliwe, że nikt jeszcze nigdy na mojej stacji nikogo nie zadeptał na śmierć. Ludzie zapierają się rękoma, żeby nie wypaść z pociągu i setki Koreańczyków z taką siłą i impetem przelewają się przez peron, że aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby w taki zbity tłum się przez przypadek zaplątać i nie daj Boże iść pod prąd. Ku mojemu zdziwieniu jednak, wagon do którego zawsze wsiadamy wcale się nie przerzedził. Normalnie zawsze w piątki jest umiarkowanie tłoczno, bo Koreańczycy to alkoholicy i na początek weekendu chleją jeszcze ciężej, niż w tygodniu. Nikt więc do pracy samochodem w piątek nie jeździ. Ale dzisiaj ledwo się wepchnęliśmy i było oczywiste, że coś jest nie tak.

Jak się okazało, coś się zepsuło na poprzedniej stacji i stąd to zamieszanie. W metrze w zasadzie nie trzeba było się trzymać, bo zbita masa szczelnie przytulonych do siebie ludzi uniemożliwiała przewrócenie się w jakąkolwiek stronę. Gorzej trochę z tym, że przy takim tłoku klimatyzacja nie dawała rady i o ile zawsze w metrze schniemy po pierwszym odcinku drogi, o tyle dzisiaj w wagonie naprawdę wytworzyła się ludzka sauna. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam żeby z każdego, ale to po prostu każdego - ładnej dziewczyny w sukience, starszej pani z torbami, młodego chłopaka z kolczykami i makijażem na buzi, z eleganckiego pana z teczką i kobiet w spilkach - żeby z nich wszystkich pot lał się po prostu strumieniami. Ciężkie krople kapały z czoła, płynęły wzdłuż policzków, pokrywały nos. Ludzie wachlowali się czym popadło i chłodzili wiatraczkami pod usb, ale to było za mało. Po monsunie przyszła pora gorąca, to znaczy nadal jest wilgotno i w cieniu temperatura dochodzi do 35 stopni. W tym wagonie było z 50 i każdy wyglądał tak, jakby zaraz miał umrzeć.

***

Stacja Geumjeong. Kolejna fala wylewa się z metra, a w tej fali jestem i ja. Równym tempem razem z setkami osób wdrapujemy się po schodach. Wsiadam do busa, który odwozi do firmy. Jeszcze nie dotarliśmy do pracy, a już każdy z nas miał ochotę wracać. To niby tylko 50 minut, ale dzieje się jak za pół dnia.

Nie wiem, skąd Koreańczycy mają siły żeby wieczorami iść jeszcze na melanż. Bo moim ulubionym zajęciem na piątkowe wieczory stało się leżenie plackiem.

Pierwsze wrażenia z życia w Korei.

Ten kraj jak żaden inny wywołuje we mnie huśtawkę nastrojów - w zależności od tego gdzie jestem i co robię, podoba mi sie lub nie. Jako że większość czasu spędzam w pracy, odpowiedź brzmi...


Mija trzeci tydzień mojej pierwszej w życiu delegacji - wyjazdu na koniec świata, gdzie w odróżnieniu od poprzednich podróży mieszkam w hotelu, a nie w namiocie, gdzie zamiast zarabiać robiąc bańki, pracuję w IT, gdzie zamiast z plecakiem, przyjechałam z walizką. Czy żyje się łatwiej? Hm...

Sztuka przetrwania nie sprowadza się do złapania stopa, rozpalenia ogniska i znalezienia miejsca na nocleg. Tu polega ona tylko na tym, żeby nadążać za koreańskim tempem życia.

Tylko? A może to aż?

Jest wiele rzeczy, które zdziwiły mnie w Korei i zupełnie odstają od tego, co widziałam do tej pory w Azji. Powoli przyzwyczajam się do tutejszego życia, ale nadal pozostaję raczej na poziomie obserwatora niż miejscowego. Jakie są pierwsze wrażenia?

W Korei nie świeci słońce
To dopiero mój pierwszy miesiąc w Korei, ale w ciemno mogę powiedzieć, że lipiec to najmniej szczęśliwa pora na odwiedzenie tego kraju. Na szczęście już się zaaklimatyzowałam, ale pierwsze zderzenie z monsunem - wysokimi temperaturami, wilgotnością jak w dżungli i permanentnym deszczem, było dosyć brutalne. Choć z tego co słyszałam w Polsce tegoroczne lato też nie jest zbyt udane, także nie mam co narzekać.
Jedyne za czym trochę tęsknię to promienie słońca i światło, bo jak jestem tu trzeci tydzień, tak na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy widziałam niebo - prawie cały czas szczelnie pokrywa je gęsta, szaro-bura pierzyna.
A wracając do monsunu - kiedy widzę codziennie w wiadomościach, że w Indiach, Chinach, Wietnamie, Tajwanie, Japonii i wszędzie dookoła jest powódź, naprawdę mam wrażenie, że pogoda i tak mnie oszczędza. 
W koreańskim korpo
Mimo częstych i długich podróży, praca za granicą jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I nie powiem, kraj do którego mnie wysłano okazał się rzuceniem na głęboką wodę. Koreańskie korpo jest dla mnie ucieleśnieniem wszystkich tych stereotypów, które powtarza się na temat Mordoru na Domaniewskiej. Powoli się przyzwyczajam, ale nadal dość ciężko znoszę azjatycki pracoholizm i brak jakiegokolwiek poszanowania dla work-life balance (to słowo tu w ogóle istnieje?). Koreańską szkołę przetrwania w wielkiej firmie zostawię na osobny temat, bo niestety to jedna z tych rzeczy, która zdziwiła mnie najbardziej.

Mimo spiętej atmosfery i produktywności na poziomie 2000% polskiej normy, jest kilka ludzkich rzeczy, które w biurze mnie urzekły. Pierwszą z nich jest szczotkowanie zębów, które jest sportem narodowym. Jak przejdę koło łazienki i są uchylone drzwi, to zawsze zobaczę tłum Koreańczyków myjących zęby. Open-space, mimo że zazwyczaj pogrążony w grobowej ciszy i skupieniu, w przerwie obiadowej rozbrzmiewa głośnym dźwiękiem szczotkowania zębów. Ludzie od samego rana aż po wieczór łażą po korytarzach, kręcą się w łazienkach, szorują, szorują, szorują...

I ja mam w pracy szczoteczkę i pastę - jak w Polsce, tylko tutaj zgodnie z modą, używam ich w ciągu samej pracy 3 razy. Nie dorobiłam się jeszcze profesjonalnego zestawu, bo dziewczyny w łazience mają specjalną szafkę, w której trzymają swoje plastikowe kubeczki i szczoteczki z pastą - zupełnie jak w przedszkolu!

Koreańczycy nie odrywają się od pracy. Żeby jeszcze ich zniechęcić do niepotrzebnego łażenia do kuchni po herbatę, wybór napojów jest dosyć ubogi. Podstawą diety jest kawa - bo wiadomo, to właśnie ją programiści zamieniają w kod. Herbaty są aż dwie: o smaku brązowego ryżu i gryki. Na początku nawet wydawała się dobra, ale po dwóch dniach przestała mi smakować i teraz codziennie mam wrażenie, że piję wodę, która została po gotowaniu ryżu czy kaszy gryczanej. Pije się z kubeczków o pojemności 150ml, co skutecznie oduczyło mnie chodzenia po picie co godzinę. Po prostu siedzę przy biurku aż wybije 18:00.

To, co dobre.
Po pracy pozwalam sobie na regenerację na najwyższym poziomie, zamieniając swój hotelowy pokój w małe spa. Moda na koreańskie kosmetyki udzieliła się i mi, a kiedy widzę w centrum handlowym po drugiej stronie ulicy tyle promocji 1+1, aż żal nie przetestować wszystkich kremów z śluzem ślimaka, pianek do twarzy z ekstraktem z fasoli mung, maseczek z uszami kota i aloesowych żeli. W zasadzie jako że nie bardzo mam na co wydawać tu pieniądze, a Hebe jeszcze tu nie dotarło, wszystkie koreańskie wony przeznaczam 'na głupoty'.

Kiedy weszłam do samolotu relacji Warszawa-Seul, rozbawiło mnie że większość obecnych na pokładzie Koreanek jeszcze przed startem nałożyła na twarze maseczki i poszła spać. Kiedy doleciałam na miejsce, przestałam się dziwić, że kobiety mają tu fioła na punkcie dbania o twarz. Bo jeśli na co dzień oblepia je takie powietrze jak to lipcowo-monsunowe, to jedynym skutecznym sposobem jest nieustanne nakładanie warstw kosmetyków, maseczek i pudru. Koreanki z umiłowaniem poprawiają makijaż w metrze, przeglądają się w każdej szybie, chłodzą twarz wiatraczkami podpinanymi pod USB. Zresztą, o zgrozo, tutaj nie tylko kobiety się malują...
 
Mimo umysłowego zgąbczenia i rozpaczliwego odliczania do końca nadgodzin każdego wieczora, cieszę się, że mam okazję spędzić 1.5 miesiąca w Korei. Przede wszystkim dlatego, że na liście moich 'must go' plasowała się ona gdzieś naprawdę na szarym końcu i sama bym pewnie tu nie przyjechała. Choć z tego co słyszałam, autostop jest tutaj znany - będę musiała w któryś weekend to zweryfikować.

Nie wiem jeszcze, czy polubię ten kraj, czy nie. Jedno jest pewne - kolejny raz doszłam do wniosku, że mimo całej swojej miłości do Azji, nigdy nie mogłabym zamieszkać tu na dłużej. Brakuje tu dość podstawowego artykułu użytku codziennego.
Jak można żyć bez czekolady? 

.