Seul - zwykły poranek.

Piątek, 21 lipca 2017
Zawsze kiedy na blogu  zaczynałam od napisania daty, w kolejnym zdaniu było coś w stylu: 'obudziłam się o 9 i zaczęłam pakować plecak. Złożyłam namiot i poszłam łapać stopa'.

Dziś będzie trochę mniej ekscytująco, bo obudziłam się w hotelowym pokoju i przestawiłam budzik na kolejne 5 minut. Niby jak w domu, a jednak dopiero po chwili przypomniałam sobie że jestem w Korei, tak trochę na końcu świata. Nadal nie mogę się do końca przyzwyczaić, choć jest znacznie lepiej, niż na początku.

Pamiętam że pierwszej nocy gdy tu przyjechałam, była burza. Wiecie, taka azjatycko-tropikalna. Odsypiałam lot i byłam trochę nieprzytomna. Zasłoniłam okna grubymi, ciężkimi zasłonami, skręciłam klimatyzację, owinęłam się w pierzynę tworząc burito i w ciągu 10 sekund straciłam przytomność.

Obudziłam się gdy zagrzmiało tak, że byłam pewna, że coś się zawaliło. Brzmiało to trochę jak trzęsienie ziemi, kiedy wszystkie budynki rozpadają się jak domki z kart; takiego też obrazu zaczęłam spodziewać się za oknem. Potężny huk rozlał się tępym echem po sąsiednich wieżowcach i w moim pokoju zadrżały szyby. Wybudzona nagle, nadal nie do końca wiedziałam, gdzie ja w ogóle jestem i co tu robię. Wtedy przypomniałam sobie, że właśnie zamieszkałam w Korei, w Seulu. Ale pierwszego dnia wieczorem widziałam w CNN, jak wystrzeliwują kolejne rakiety w Korei Północnej. Zza okna rozległ się koleny grzmot. Mój wyrwany ze snu mózg złożył z tych informacji na szybko prosty wniosek: o kurna. Kim zaatakował.

Oswoiłam się już trochę z myślą, że nad hotelem dość nisko przelatują samoloty, grzmi często i na co dzień bywa głośno. Niemniej nadal mam mieszane uczucia co do faktu, że 50km od mojego miejsca zamieszkania zaczyna się najbardziej fanatyczny kraj na świecie.


***
A wracając do dzisiejszego poranka, to przewróciłam się na drugi bok i pomyślałam, że mi się nie chce. Na samą myśl o tym, ile zajmuje mi droga do pracy, chciało mi się jeszcze mniej. Na szczęście z chłopakami z firmy umówiłam się, że wychodzimy z hotelu 7:50 i jest to jedyny powód który sprawia, że nie spóźniam się do pracy.

Stacja Doksan. Z metra wylała się fala ludzi. Nigdy nie przestanie mnie dziwić, skąd się wzięło tylu Azjatów i jak to możliwe, że nikt jeszcze nigdy na mojej stacji nikogo nie zadeptał na śmierć. Ludzie zapierają się rękoma, żeby nie wypaść z pociągu i setki Koreańczyków z taką siłą i impetem przelewają się przez peron, że aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby w taki zbity tłum się przez przypadek zaplątać i nie daj Boże iść pod prąd. Ku mojemu zdziwieniu jednak, wagon do którego zawsze wsiadamy wcale się nie przerzedził. Normalnie zawsze w piątki jest umiarkowanie tłoczno, bo Koreańczycy to alkoholicy i na początek weekendu chleją jeszcze ciężej, niż w tygodniu. Nikt więc do pracy samochodem w piątek nie jeździ. Ale dzisiaj ledwo się wepchnęliśmy i było oczywiste, że coś jest nie tak.

Jak się okazało, coś się zepsuło na poprzedniej stacji i stąd to zamieszanie. W metrze w zasadzie nie trzeba było się trzymać, bo zbita masa szczelnie przytulonych do siebie ludzi uniemożliwiała przewrócenie się w jakąkolwiek stronę. Gorzej trochę z tym, że przy takim tłoku klimatyzacja nie dawała rady i o ile zawsze w metrze schniemy po pierwszym odcinku drogi, o tyle dzisiaj w wagonie naprawdę wytworzyła się ludzka sauna. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam żeby z każdego, ale to po prostu każdego - ładnej dziewczyny w sukience, starszej pani z torbami, młodego chłopaka z kolczykami i makijażem na buzi, z eleganckiego pana z teczką i kobiet w spilkach - żeby z nich wszystkich pot lał się po prostu strumieniami. Ciężkie krople kapały z czoła, płynęły wzdłuż policzków, pokrywały nos. Ludzie wachlowali się czym popadło i chłodzili wiatraczkami pod usb, ale to było za mało. Po monsunie przyszła pora gorąca, to znaczy nadal jest wilgotno i w cieniu temperatura dochodzi do 35 stopni. W tym wagonie było z 50 i każdy wyglądał tak, jakby zaraz miał umrzeć.

***

Stacja Geumjeong. Kolejna fala wylewa się z metra, a w tej fali jestem i ja. Równym tempem razem z setkami osób wdrapujemy się po schodach. Wsiadam do busa, który odwozi do firmy. Jeszcze nie dotarliśmy do pracy, a już każdy z nas miał ochotę wracać. To niby tylko 50 minut, ale dzieje się jak za pół dnia.

Nie wiem, skąd Koreańczycy mają siły żeby wieczorami iść jeszcze na melanż. Bo moim ulubionym zajęciem na piątkowe wieczory stało się leżenie plackiem.

Pierwsze wrażenia z życia w Korei.

Ten kraj jak żaden inny wywołuje we mnie huśtawkę nastrojów - w zależności od tego gdzie jestem i co robię, podoba mi sie lub nie. Jako że większość czasu spędzam w pracy, odpowiedź brzmi...


Mija trzeci tydzień mojej pierwszej w życiu delegacji - wyjazdu na koniec świata, gdzie w odróżnieniu od poprzednich podróży mieszkam w hotelu, a nie w namiocie, gdzie zamiast zarabiać robiąc bańki, pracuję w IT, gdzie zamiast z plecakiem, przyjechałam z walizką. Czy żyje się łatwiej? Hm...

Sztuka przetrwania nie sprowadza się do złapania stopa, rozpalenia ogniska i znalezienia miejsca na nocleg. Tu polega ona tylko na tym, żeby nadążać za koreańskim tempem życia.

Tylko? A może to aż?

Jest wiele rzeczy, które zdziwiły mnie w Korei i zupełnie odstają od tego, co widziałam do tej pory w Azji. Powoli przyzwyczajam się do tutejszego życia, ale nadal pozostaję raczej na poziomie obserwatora niż miejscowego. Jakie są pierwsze wrażenia?

W Korei nie świeci słońce
To dopiero mój pierwszy miesiąc w Korei, ale w ciemno mogę powiedzieć, że lipiec to najmniej szczęśliwa pora na odwiedzenie tego kraju. Na szczęście już się zaaklimatyzowałam, ale pierwsze zderzenie z monsunem - wysokimi temperaturami, wilgotnością jak w dżungli i permanentnym deszczem, było dosyć brutalne. Choć z tego co słyszałam w Polsce tegoroczne lato też nie jest zbyt udane, także nie mam co narzekać.
Jedyne za czym trochę tęsknię to promienie słońca i światło, bo jak jestem tu trzeci tydzień, tak na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy widziałam niebo - prawie cały czas szczelnie pokrywa je gęsta, szaro-bura pierzyna.
A wracając do monsunu - kiedy widzę codziennie w wiadomościach, że w Indiach, Chinach, Wietnamie, Tajwanie, Japonii i wszędzie dookoła jest powódź, naprawdę mam wrażenie, że pogoda i tak mnie oszczędza. 
W koreańskim korpo
Mimo częstych i długich podróży, praca za granicą jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I nie powiem, kraj do którego mnie wysłano okazał się rzuceniem na głęboką wodę. Koreańskie korpo jest dla mnie ucieleśnieniem wszystkich tych stereotypów, które powtarza się na temat Mordoru na Domaniewskiej. Powoli się przyzwyczajam, ale nadal dość ciężko znoszę azjatycki pracoholizm i brak jakiegokolwiek poszanowania dla work-life balance (to słowo tu w ogóle istnieje?). Koreańską szkołę przetrwania w wielkiej firmie zostawię na osobny temat, bo niestety to jedna z tych rzeczy, która zdziwiła mnie najbardziej.

Mimo spiętej atmosfery i produktywności na poziomie 2000% polskiej normy, jest kilka ludzkich rzeczy, które w biurze mnie urzekły. Pierwszą z nich jest szczotkowanie zębów, które jest sportem narodowym. Jak przejdę koło łazienki i są uchylone drzwi, to zawsze zobaczę tłum Koreańczyków myjących zęby. Open-space, mimo że zazwyczaj pogrążony w grobowej ciszy i skupieniu, w przerwie obiadowej rozbrzmiewa głośnym dźwiękiem szczotkowania zębów. Ludzie od samego rana aż po wieczór łażą po korytarzach, kręcą się w łazienkach, szorują, szorują, szorują...

I ja mam w pracy szczoteczkę i pastę - jak w Polsce, tylko tutaj zgodnie z modą, używam ich w ciągu samej pracy 3 razy. Nie dorobiłam się jeszcze profesjonalnego zestawu, bo dziewczyny w łazience mają specjalną szafkę, w której trzymają swoje plastikowe kubeczki i szczoteczki z pastą - zupełnie jak w przedszkolu!

Koreańczycy nie odrywają się od pracy. Żeby jeszcze ich zniechęcić do niepotrzebnego łażenia do kuchni po herbatę, wybór napojów jest dosyć ubogi. Podstawą diety jest kawa - bo wiadomo, to właśnie ją programiści zamieniają w kod. Herbaty są aż dwie: o smaku brązowego ryżu i gryki. Na początku nawet wydawała się dobra, ale po dwóch dniach przestała mi smakować i teraz codziennie mam wrażenie, że piję wodę, która została po gotowaniu ryżu czy kaszy gryczanej. Pije się z kubeczków o pojemności 150ml, co skutecznie oduczyło mnie chodzenia po picie co godzinę. Po prostu siedzę przy biurku aż wybije 18:00.

To, co dobre.
Po pracy pozwalam sobie na regenerację na najwyższym poziomie, zamieniając swój hotelowy pokój w małe spa. Moda na koreańskie kosmetyki udzieliła się i mi, a kiedy widzę w centrum handlowym po drugiej stronie ulicy tyle promocji 1+1, aż żal nie przetestować wszystkich kremów z śluzem ślimaka, pianek do twarzy z ekstraktem z fasoli mung, maseczek z uszami kota i aloesowych żeli. W zasadzie jako że nie bardzo mam na co wydawać tu pieniądze, a Hebe jeszcze tu nie dotarło, wszystkie koreańskie wony przeznaczam 'na głupoty'.

Kiedy weszłam do samolotu relacji Warszawa-Seul, rozbawiło mnie że większość obecnych na pokładzie Koreanek jeszcze przed startem nałożyła na twarze maseczki i poszła spać. Kiedy doleciałam na miejsce, przestałam się dziwić, że kobiety mają tu fioła na punkcie dbania o twarz. Bo jeśli na co dzień oblepia je takie powietrze jak to lipcowo-monsunowe, to jedynym skutecznym sposobem jest nieustanne nakładanie warstw kosmetyków, maseczek i pudru. Koreanki z umiłowaniem poprawiają makijaż w metrze, przeglądają się w każdej szybie, chłodzą twarz wiatraczkami podpinanymi pod USB. Zresztą, o zgrozo, tutaj nie tylko kobiety się malują...
 
Mimo umysłowego zgąbczenia i rozpaczliwego odliczania do końca nadgodzin każdego wieczora, cieszę się, że mam okazję spędzić 1.5 miesiąca w Korei. Przede wszystkim dlatego, że na liście moich 'must go' plasowała się ona gdzieś naprawdę na szarym końcu i sama bym pewnie tu nie przyjechała. Choć z tego co słyszałam, autostop jest tutaj znany - będę musiała w któryś weekend to zweryfikować.

Nie wiem jeszcze, czy polubię ten kraj, czy nie. Jedno jest pewne - kolejny raz doszłam do wniosku, że mimo całej swojej miłości do Azji, nigdy nie mogłabym zamieszkać tu na dłużej. Brakuje tu dość podstawowego artykułu użytku codziennego.
Jak można żyć bez czekolady? 

Jeśli ten wpis opublikował się automatycznie, to znaczy że właśnie...

Lecę w środek nocy. Doba się kurczy, przesuwamy się na wschód. Martwi mnie, że stracę noc. Wciskam głowę między panel z tabletem a rozkładaną półkę. Jednostajny szum przecina szelest papierków od chipsów. Panie w szpilkach zachęcają do kupna perfum. Gdzieś obok mnie dwie Grażyny zbyt głośno dyskutują o najlepszym przepisie na makowca. Spać, spać!

Jestem skrajnie nieprzytomna, ale nie zasnę. Dawno nie leciało mi się aż tak niewygodnie. A przecież ostatnio w drodze do Azji spałam jak dziecko. Może dlatego, że na przesiadce waliłam ukraiński bimber?

Halo pani stewardesso, mogę jeszcze trochę wina?

***
Kiedyś ktoś mi powiedział: dopóki nie usiadziesz w samolocie, nie wierz w delegacje.

A teraz piszę to z samolotu - chyba się udało. Zawieszając życie włóczęgi na rzecz normalnej pracy myślałam, że to koniec. Ale czy sama poleciałabym do Korei Południowej? No, na pewno nie mieszkałabym w Novotelu.

Jeśli ten wpis opublikował się automatycznie, to znaczy że właśnie wprowadzam się do Seulu.


***
Nie wiem, czy będę miała o czym pisać. Chyba tak, przecież nie codziennie ma się okazję pomieszkać w Korei.

A jak znowu nie będę miała o czym pisać, to i tak chcę to robić. Nawet jeśli miałoby to być tylko o szeleszczących torbach po chipsach i tych niewygodnych stoliczkach.


Hej blogu, wróciłam!


Na wschód! - jeden dzień we Lwowie.

O tym jak połączyć biedotę z podróżowaniem, studia z podróżowaniem i brak życiowego rozgarnięcia również z podróżowaniem, pisałam już nieraz i nieraz próbowałam być żywym dowodem na to że jak się chce, to się da. Niedawno poznałam jednak gorzki smak braku wolnego czasu i podjęłam desperacką próbę ratowania swojej miłości do autostopu. Pora na radykalne kroki.

Piątkowe wyjście do pracy należało do wyjątkowych. Zarzuciłam plecak na ramiona, wyszłam z domu po 5 rano, po drodze zaszczepiłam się na żółtą febrę (nie żartowałam z tą Afryką!) i o 9 byłam w pracy. Obiecałam sobie, że po tych 8 godzinach nie udam się do domu spać przez cały weekend, tylko pojadę gdzieś autostopem. Choćby na jeden dzień.

I skończyło się na tym, że z tą żółtą febrą, i oczywiście z Damian z aparatem (podróżowaliśmy razem do Czarnogóry), zapuściłam się z Łodzi aż do Lwowa. Tak się składa, że nie licząc bimbru pitego podczas przesiadki do Azji, nigdy nie byłam na Ukrainie. Dobrze, za nauczyłam się zawsze nosić przy sobie paszport.


10.09.2016, sobota
Random Hostel
Wiatr we włosach, kciuk w górę, nucenie starych piosenek. Parówki jedzone na ławce przed sklepem i skakanie przez barierkę na ekspresówce. Czasem tak się zastanawiam, ile trzeba mieć lat, żeby takie bezwstydne włóczenie się skomentować: już nie wypada? Miałam teraz długą przerwę od autostopu ale wiem, że za każdym razem będę do tego podchodzić z dziecięcą radością.

Po nocy w 'Random Hostel', czyli w rzeszowskiej ostoi autostopowiczów w domu Moniki, wychodzimy na wylotówkę w Łańcucie. Ostatnio stopem jechałam pół roku temu w Azji i czasami po tak nienaturalnie długiej przerwie zastanawiam się, jak to się robiło? Tak się nadal da jeździć? Ale co, że wystawiam kciuk i czekam?

Tak, tak, nadal działa. Standardowo: starsze małżeństwo - 60km do przodu, a później już 'Złoty strzał' i Ukrainiec prosto do Lwowa. No, z tym prosto to trochę przesadziłam.


Wywiezieni do lasu.
Czy ja już kiedyś wspominałam, że każdy Ukrainiec wyjeżdżający z Polski coś szmugluje? 
Z całym umiłowaniem dla klimatycznej muzyki w ich autach, mocnych szlugów bez filtra i z wdzięcznością za podwózki muszę ostrzec, że przejazd przez wschodnią granicę z obywatelami nie-Unii kończy się zwykle na staniu w najdłuższej kolejce, a i najczęściej na zawracaniu trzy razy pod centrum handlu Korczowa Dolina, gdzie na ogromną skalę odbywa się przerzucanie pudeł z towarem z busa do busa, z osobówki do busa, z busa do osobówki i z osobówki do osobówki. Ruch graniczny jest prosty - z Ukrainy wychodzimy obwiązani papierosami i wódką, za to z Polski wyjeżdżają tony biedronkowego mięsa, topczipsy i galaretki w czekoladzie.

W to sobotnie południe godzinę tracimy na parkingu, czekając na jadące skądśtam dwa kartony wkładów do zniczy. Później przeprawiamy się przez las, co wzbudza we mnie niemałe wątpliwości - dlaczego jedziemy dookoła po jakichś szyszkach, skoro byliśmy już przy samym przejściu Korczowa? Wierząc w to, że kierowca chce przebić przez granicę boczną ścieżką, wyjeżdżamy jednak do przejścia Budomierz i  ustawiamy się w najdłuższej kolejce (och, gdybym ja wiedziała, że jest kilka różnych! - a tu pieszo nie da rady). Moje wyobrażenia o sobocie przebalowanej we Lwowie i szybkim powrocie do pracy rozpływają się w oddali i pierwszy raz od wyruszenia z domu zastanawiam się, czy to na pewno był dobry pomysł? Może to ten czas, kiedy powinnam siedzieć na dupie i już w piątek po południu myśleć nad ubraniem na poniedziałek?


Za sześćset hrywien baluj!
Kiedy powiedziałam Monice, weterance szybkich podróży do Lwowa, że to moja pierwsza podróż na Ukrainę i chcę przepierdzielić tam 300zł, spytała mnie czy zwariowałam i czy planuję kupić cały rynek. Nie miałam za dużego pojęcia o cenach - przecież tanio to pojęcie względne, a że byłam świeżo po wypłacie to uznałam, że choć raz moja podróż odbędzie się 'na bogato'. Idąc jednak za dobrą radą wymieniłam najpierw 100zł i powiem Wam szczerze, że mimo usilnych starań nie udało mi się tego wydać.

We Lwowie nie zobaczyliśmy wiele, w końcu ciężko zwiedzić takie miasto w jedno sobotnie popołudnie. Zresztą nie zwiedzanie było naszym celem. Jedzenie przepijane wódką, czy tam wódka przegryzana jedzeniem, długonogie Ukrainki tańczące salsę, dziesięciu ulicznych artystów na metr kwadratowy i ostatnie ciepłe dni września uświadomiły mi, jak fajnie jest ruszyć tyłek, nawet mając mało czasu.

Nocleg w hostelu przy rynku za 10zł był jak wygrana na loterii, barszcz ukraiński smakował jak nigdy, uliczne koncerty też jakoś cieszyły bardziej niż zwykle, a ja przez cały dzień czułam się jak Anglik, który przyjechał na weekend do Krakowa. Ukraina jest spoko i z całą pewnością tu wrócę. Zresztą, jak mogłabym nie lubić miejsca, w którym za dwie paczki najdroższych fajek, 5 'drogich' piw i nemiroffa płaci się 25zł, a wiejskie sklepy mają szyld z logiem Lidla, ale przerobiony na 'Litr'.


***
Na przejściu granicznym obserwuję młodą parkę. Oboje siedzą na ziemi oparci o barierki, obok rzucone plecaki i wystrzępione karimaty. On ostentacyjnie kartkuje wysłużony paszport i niby to pierwszy raz ogląda wszystkie swoje wizy i zdobyte pieczątki. Ona młóci jakieś plecione bransoletki i słucha muzyki. Nigdzie się nie spieszą, a my co chwilę zerkamy na zegarek - o 19:00 Damian musi być w pracy. Cieszę się, że udało mi się gdzieś wyrwać, ale aż by się chciało zawrócić i puścić pędem na wschód, byle dalej, do Mołdawii!

Po polskiej stronie bez zmian. Nadal Ukraińcy jak mróweczki przechodzą z pełnymi torbami z Biedronki, a druga strona nie pozostaje gorsza. Grupa polskich emerytów czeka tłumnie, dzierżąc w dłoniach papierosy i wódkę. Podjeżdża srebrny transporter i z hukiem otwierają się rozsuwane drzwi. Trzech jegomościów z banknotami w dłoniach wysłuchuje propozycji. A ci przekrzykują się kto taniej, kto lepsze, kto więcej. Szybki skup łupów, drzwi się zatrzaskują, samochód znika. 500 metrów dalej paczka była za 2,5zł. Tutaj idzie za 7.

***
Niedziela, późny wieczór. Wbiegłam do domu, rzuciłam plecak w kąt i rozstawiłam deskę do prasowania. Kilka minut przed północą kończyłam szykowanie na jutrzejszy powrót do pracy. Czy poniedziałki muszą być beznadziejne? Ej, ja je lubię. Szczerze mówiąc swoją pracę lubię tak bardzo, że mogłabym tam przychodzić w niedziele.

I choć to wszystko gryzie się niemiłosiernie a ja nadal sercem jestem gdzieś między Wietnamem a Dżibuti, choć nie do końca wiem czy da się pogodzić pracę i podróże, obiecałam sobie, że póki mam siłę na to wszystko, w stu procentach chcę wykorzystać jeden prosty fakt: między wyjściem z pracy w piątek po południu a powrotem w poniedziałek rano, są aż 64 godziny na autostop.

10 najdziwniejszych rzeczy, które jadłam w Azji.

Co przychodzi Ci na myśl, kiedy słyszysz hasło: Kuchnia azjatycka? Czy oczami wyobraźni widzisz wtedy ryż z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym, sushi, kolorowe zupy z makaronem ryżowym, drinki z kokosa a może dzikie węże i smażone skorpiony? Nieważne. O czymkolwiek byś nie pomyślał, z całą pewnością wszystko to znajdziesz to na azjatyckim targu.


Kilka lat temu (z nieznanych nikomu przyczyn) wymyśliłam sobie, że moim największym marzeniem jest odwiedzić Wietnam. Kiedy znajomi pytali dlaczego akurat tam, nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć - o Wietnamie wiedziałam tyle co nic. W zasadzie nie byłam wtedy nawet pewna, czy stolicą jest Sajgon, czy Hanoi... Brak konkretnego powodu i celu zawsze wydawał mi się fajny, ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej się zastanawiałam, jakie są moje oczekiwania od Azji Południowo-Wschodniej. Okazało się, że przy lekkim wysiłku udało mi się wypisać kilka istotnych rzeczy, ale mój priorytet okazał się dość prymitywny: jedzenie. Na dowód tego jak bardzo było dobre nadmienię, że dzięki niemu trochę niechcący udało mi się ruszyć moją 'od lat niezmienną' wagę - i to o całe 5 kg do przodu...

Gotowanie azjatyckich dań stało się niejako moim hobby, mimo że w kuchni poruszam się jak Bridget Jones. Od lat próbuję podrobić tamtejsze smaki, choć tak naprawdę nigdy wcześniej ich nie próbowałam. I mimo że wiele osób mi mówiło, że po kilku miesiącach takiego jedzenia stęsknię się za schabowym, od czasu powrotu dzień w dzień wcinam ryż. Jednak o tych dobrych potrawach napiszę innym razem - pozwólcie, że zaczniemy od rzeczy, które zdziwiły mnie najbardziej, albo których (nie)smak czuję do dziś na samo wspomnienie.

Panie i Panowie, przed Wami moje prywatne TOP10 smaków, które zrobiły na mnie największe wrażenie!


#1 ZUPA-KISIEL
Bardzo ciężko jest mnie zniechęcić do jedzenia, ale pech chciał, że już pierwszego dnia mojej wielkiej wyprawy trafiłam na potrawę, którą bezapelacyjnie uznaję za najgorszą z całych 4 miesięcy. Jako osoba której zdarzało się bawić we freeganizm, nigdy przenigdy nie wyrzucam jedzenia - 'lepiej zjeść i odchorować, niż by miało się zmarnować'. Niestety, zupy kisiel nie byłam w stanie przełknąć. Kupiłam ją przez przypadek w nieźle wyglądającej restauracji na tajskim dworcu, pokazując palcem na makaron i mówiąc wyraźnie 'no spicy!'. Niestety za ~4zł otrzymałam zdecydowanie za twardy makaron 'z zupki chińskiej' zalany zimnym, bezsmakowym kisielem, z dodatkiem mdłej zieleniny i paluszków krabowych. Był to mój pierwszy posiłek w Tajlandii i prawie się popłakałam na myśl, że nawet w Pabianicach można zjeść pysznego 'kuciaka w cieście'...

Mimo strasznego głodu potrawa wylądowała w koszu.


#2 MORSKIE STWORY
Przed wyjazdem do Azji moje doświadczenie z owocami morza było znikome, ale ich liczna obecność w azjatyckich potrawach zrobiła na mnie duże wrażenie. Mimo czasem wątpliwych warunków sanitarnych, warto próbować wszystkiego! Uliczne jedzenie oferuje praktycznie wszystkie dostępne wodne żyjątka w przeróżnych wariantach.
Kałamarnica w kubeczku jako alternatywny podwieczorek.
Ryby pod kroplówką?

#3 DZIWNE SMAKI
O gustach się nie dyskutuje, ale wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak Azjaci wpadli na niektóre z tych smaków? Czekoladowe chipsy (FIT!), pasty do zębów o smaku soli (najpopularniejsze) oraz szampony do włosów o zapachu pomidorów czy czosnku mogą nas dziwić, ale dla mieszkańców Tajlandii są codziennością.

#4 BANANY
Kiedy do niedawna słyszałam zwrot 'takich bananów jak tam, to ja nigdy nie jadłem!', miałam przed oczami zarozumiałego obieżyświata-mądralę, któremu należy się wyłącznie pogarda. Banan jak banan - jadłam w wielu krajach i nigdy nie uważałam, że może występować w kilku zupełnie różnych smakach. Kiedy jednak w drodze do Kambodży otrzymałam bordowego banana o dziwnym kształcie zrozumiałam, że ten owoc jest naprawdę wyjątkowy i można go przyrządzić na dużo więcej sposobów, niż po prostu obrać ze skórki i zjeść. Azjatycki street food oferuje banany smażone w cieście, banany pieczone, chipsy bananowe... ale uwaga! Jeśli skusicie się na tradycyjną formę podania i wybierzecie się na targ po kiść świeżych owoców za 2zł, sprawdźcie uważnie, czy pomiędzy nimi nie siedzi tarantula. Ja trafiłam na całe gniazdo małych pająków i jako osoba z wyjątkowo silną arachnofobią zaczęłam wrzeszczeć na lotnisku.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam...
Banan w wersji pieczonej - do zrobienia nawet w domu, polecam!

#5 DURIAN
Nie wiedziałeś, jak nazywa się najbardziej cuchnący owoc świata? No to już wiesz. O durianie krążą legendy i wierzyć mi się nie chciało, że w autobusach komunikacji miejskiej na szybach widnieją naklejki: zakaz palenia, zakaz wchodzenia z jedzeniem, zakaz WNOSZENIA DURIANA. Naprawdę. Publiczne obchodzenie się z tym owocem jest karane ze względu na jego zapach. Fakt, durian nie pachnie może jak bożonarodzeniowa mandarynka, ale po pierwszym krzywieniu się (smakuje jak zgniły czosnek!) muszę przyznać, że... z chęcią bym go zjadła ponownie. Miąższ jest miękki, ma wręcz 'maślaną' konsystencję, zapach i smak przy pierwszym kontakcie nie zachęca, ale Azjaci się w nim rozkoszują - i ja po 4 miesiącach stałam się na niego obojętna, więc to chyba kwestia przyzwyczajenia. Durian jest tak popularny, że w jednym z kambodżańskich miast widziałam na środku ronda Wielki Pomnik Duriana!

#6 NIEZWYKŁE MLEKO
Nie wiem czy wiecie, ale jako Europejczycy mamy zapisaną w genach niezwykłą moc przyswajania mleka. Okazuje się bowiem, że większość ludności Chin, Japonii i Azji Południowej laktozy nie toleruje w ogóle - organizm dorosłego człowieka nie produkuje potrzebnych do jej trawienia enzymów.

Bardzo wysokie ceny i rzadkość występowania krowiego mleka na półkach sklepowych zdziwiły mnie co niemiara - nie jestem wielką fanką mleka, ale kiedy przy stosunkowo niskich cenach żywności widzisz karton krowiego za 25zł wiedz, że coś się dzieje. Wśród Azjatów jest jednak pewna grupa, która laktozę toleruje i zazwyczaj to oni są miłośnikami mleka. W marketach bardzo popularne są małe foliowe opakowania o pojemności zaledwie 100ml i cenie ~1,5zł. Pamiętam jak któregoś razu kierowca złapany na stopa postanowił poczęstować mnie jedną porcją. Nie do końca wtedy jeszcze wiedziałam, co to jest i byłam pewna, że to jakiś pyszny odpowiednik zagęszczonego, słodzonego mleka w tubce. Kto normalny pakuje mleko po 100ml? Mimo że było to zwykłe, najzwyklejsze krowie mleko, udawałam wielkie zdziwienie i zachwyt nad tym pysznym produktem - nie miałam serca powiedzieć temu człowiekowi że w Polsce mamy tego tak dużo, że musimy wylewać...

#7 PEPSI Z LODAMI
W Azji Południowo-Wschodniej ze względu na nieziemskie upały nie łatwo jest znaleźć coś ciepłego do picia. Prawie wszystko podawane jest z lodem i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w wietnamskim KFC ice-tea czy pepsi serwuje się... z lodami śmietankowymi! O ile w mrożonej herbacie nie dziwią tak bardzo, tak w napojach z bąbelkami raczej nie komponują się najlepiej.

#8 SKORPIONY, KARALUCHY I MIĘSISTE LARWY
'On wystraszył mnie w nocy. Ja go zjadłam' - to wpis z kartki z pamiętnika z Tajlandii tak całkiem na serio. Lokalnym przysmakiem i moim hitem nocnych targowisk stały się stoiska oferujące karaluchy, larwy, koniki polne w wersji małej i dużej, smażoną szarańczę i wiele innych pędraków, których nazw nie potrafię wymienić.

W jedzeniu robaków najbardziej obawiałam się tego, że nie chciałabym trafić na jeszcze żyjącego. Kiedy jednak zobaczyłam jak smaży się je na głębokim oleju i posypuje przyprawami, bez żadnych oporów zamieniłam się w robakożercę. Są chrupiące, smakują jak chipsy i poprosiłam o dokładkę! Naprawdę nie ma się czego bać. Co więcej, słyszałam nawet, że można przyrządzić je nie wyjeżdżając z Polski - wystarczy wybrać się do sklepu zoologicznego. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale dodam jeszcze, że w Tajlandii na regałach z chipsami można znaleźć hermetycznie zapakowane smażone robaki z rysunkiem uśmiechniętego karalucha na opakowaniu.

#9 KOKOSOWE SMAKOŁYKI
Wychodzi na to, że spośród wielu dziwnych upodobań Azjatów, nigdy nie zgodzę się co do jakości ich słodyczy. Dziwnie doprawiane napoje, glutowate kokosowe desery z czerwonymi fasolkami (!), mango posypane solą i ostrymi przyprawami czy ryżowo-budyniowe ciasteczka sprawiły, że szybko zwątpiłam i moim jedynym ale sprawdzonym źródłem cukru stały się owoce i coca-cola, której nienawidzę.

#10 UWAGA! WĘŻE
Wbrew pozorom w Wietnamie wcale nie jada się psów, ale węże to już inna liga. Martwe gady zalewa się ryżowym alkoholem i odstawia na kilka miesięcy. Jad zwierzęcia neutralizuje się w trakcie fermentacji. Całość nazywana jest 'winem z węża', choć zapewniam, że procentowo winem bym tego nie nazwała. Ogólnie Wietnamczycy są przekonani o magicznych własnościach mięsa i krwi tych gadów - mają właściwości lecznicze, odmładzają i dają moc odradzania się. Tych dwóch ostatnich nie sprawdzałam, ale potwierdzam, że 'żmijówka' zdecydowanie pomaga w leczeniu anginy.

Na obrzeżach Hanoi możecie znaleźć dzielnicę Snake Village, w której dostaniecie drinka z krwią świeżo pozbawionej głowy kobry.

A jeśli nie lubicie alkoholu - węża zawsze możecie kupić w pierwszym lepszym supermarkecie. Na plastikowej tacce. Jak kurczaka.

Niewątpliwie Azja jest ostoją dziwnego jedzenia, a podczas spędzonych tam 4 miesięcy codziennie miałam okazję trafić na coś dziwnego, pysznego, lub skrajnie obrzydliwego. Moja dokumentacja jest dość okrojona i wybrałam tylko te rzeczy, które po 3 miesiącach od powrotu nadal dziwią tak samo.

Jeśli i Was wystraszyło jakieś jedzenie które nie daje Wam spokoju, możecie mnie ostrzec na przyszłość!

.