Wyspy Kanaryjskie za 10€ - dlaczego wszystkie budynki na Lanzarote są białe? Historia Césara Manrique.

Śnieżnobiałe domki poustawiane w ciemnobordowym, wulkanicznym piachu. Ściany gładkie i zimne, kamień lekko zaokrąglony. Wytarty gorącym wiatrem, który każdego dnia niesie tu drobinki saharyjskiej pustyni. Krajobraz Lanzarote, jednej z wysp Archipelagu Kanaryjskiego, wcale nie jest przypadkowy.

lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop


Ta śnieżna biel budynków zachwyca nie tylko podczas spaceru. Pierwsze wrażenia robi na nas zanim jeszcze docieramy na Lanzarote. Przez samolotowe okienko Ewelina dostrzega zabudowania: Emilka! Wszystko z daleka wygląda jak przykryte śniegiem! Przez moment łapię stan przedzawałowy, bo przecież jest połowa grudnia a my dopiero co uciekłyśmy przez zimową pluchą w Polsce. Śnieg na wysokości Sahary Zachodniej? Niemożliwe!

Jak się później dowiedziałyśmy, dałyśmy się nabrać na sztuczkę głównego architekta wyspy. Swoimi projektami budynków chciał on stworzyć wrażenie, jakby oglądana z lotu ptaka wyspa pokryta była śnieżynkami. Zdecydowanie mu się udało.


SPOTKANIE ZE SZTUKĄ

César Manrique żył w latach 1919 - 1992 i prawie całe swoje życie poświęcił Lanzarote. Był malarzem, rzeźbiarzem, architektem i ekologiem, ale umówmy się - gościa który zaprojektował wyspę zasłużenie możemy nazywać artystą, który stworzył całe Lanzarote.

Po zakończeniu służby podczas hiszpańskiej wojny domowej (zgłosił się na ochotnika), Manrique rozpoczął studia. Po dwóch latach architektury, specjalizacja zabudowa miast na Uniwersytecie La Laguna na Teneryfie, przeniósł się do Madrytu i ukończył tam malarstwo. Po kilku latach spędzonych w Nowym Jorku, gdzie kontynuował swoją twórczość, powrócił w rodzinne strony - na Lanzarote.

Gdy usłyszałam jego motto: "For me it was the most beautiful place on Earth and I realised that if people could see it through my eyes, they'd think the same", poczułam ogromy podziw, jak jeden człowiek może ujednolicić niemały kawałek terenu, jakby nie patrzeć składający się z kilku miast. Jak skutecznie udało mu się przekonać tyle tysięcy ludzi do jednego - jego - poczucia estetyki?


MAŁA LEKCJA DLA ZMYSŁÓW

Nie trzeba być miłośnikiem sztuki, żeby poczuć wyjątkowość tego miejsca. Wiem co mówię! Pół życia spędziłam w Łodzi, gdzie zresztą nadal mieszkam, więc moje wymagania dotyczące architektury krajobrazu są, hm... powiedzmy że znikome. Poza tym świetnie czułam się na zatłoczonych ulicach Sajgonu i podobał mi się krytykowany przez wszystkich Bangkok. Pokochałam nieskładność i brzydotę Phnom Penh. Krótko mówiąc, na co dzień nie zwracam zbyt dużej uwagi na zabudowania, no ale skoro okazało się, że moja kompanka studiuje architekturę krajobrazu, postanowiłam nieco zagłębić się w temat.

Swoją drogą właśnie sobie uświadomiłam, że nieraz już podróżowałam z osobami studiującymi ten kierunek czy gospodarkę przestrzenną. To niesamowite wybrać się w podróż z kimś o zupełnie innych zainteresowaniach niż twoje - dwie pary oczu zawsze zauważą więcej szczegółów niż jedne, a różne postrzeganie i interpretacja uczy patrzenia z innej perspektywy.

Tak! Od Eweliny nauczyłam się naprawdę dużo. :)


KRAINA WULKANÓW I BIELI

César Manrique jako ekolog, miłośnik przyrody i fanatyk swojej rodzinnej wyspy zabronił psucia piękna wyspy. Żadnych wiszących kabli, żadnych bilbordów, neonów czy reklam przy drodze, które mogłyby zepsuć naturalny krajobraz. Sprawa dosyć trudna, bo jak tu w dobie urbanizacji i konsumpcjonizmu sprostać wyzwaniom rzuconym ponad 50 lat temu? W obawie przed rozwijającą się turystyką artysta zaproponował rozwiązania, które łączyły sztukę z naturą.

Zalecenia Manrique dotyczące zabudowań miast były proste: wszystkie domy i budynki mają być pomalowane na biało. Dozwolonymi kolorami okiennic i drzwi są zieleń i czerń, a dla domków przy linii oceanów - niebieski. Zasady te przestrzegane są do dzisiaj i dostosowały się do nich nawet restauracje McDonald's. Żaden z budynków wysokością nie może przekroczyć sześciu pięter, co odpowiada średniej wielkości dorosłej palmy.

Raj dla oka. Wyobraźcie sobie tę grę kolorów: przy wodzie niebieskie elementy domów nawiązujące do koloru oceanu, natomiast w głąb wyspy nieliczne acz bujne palmy, których soczystość wzmagana jest zielenią drzwi i okiennic. A wszędzie wulkaniczna ziemia w prawie czarnym kolorze oraz śnieżnobiałe domy - mocno kontrastujące z podłożem i wznoszącymi się za nimi wulkanami.


JAK ZBUDOWAĆ WYSPĘ

Za działalność na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego Lanzarote, Manrique otrzymał w 1986 roku nagrodę Europa Nostra.

Nie tylko ujednolicenie zabudowań Lanzarote było sukcesem tego artysty. Cała wyspa usiana jest jego projektami, na którą składają się liczne punkty widokowe, zjawiskowe ogrody, realizacje na wybrzeżu i i ośrodki kultury. Na wyspie wszechobecne są również ruchome rzeźby, nazwane przez Manrique Wind Toys. Do innych przedsięwzięć tego artysty zalicza się również m.in. restauracja El Diablo w parku Timanfaya (o tym opowiem w następnych wpisach!), Park Morski, punkt widokowy Mirador del Rio, Muzeum Sztuki Współczesnej w zamku, ogród kaktusów Jardin de Cactus, baseny w hotelu Los Salinas w Costa Teguise oraz imponującą salę koncertową wewnątrz groty wulkanicznej Jameos del Agua. Oprócz lokalnej działalności, César Manrique budował i projektował również dla Madrytu, Teneryfy i Gomery (żebyście nie musieli googlać - prawie najmniejsza z wysp archipelagu Wysp Kanaryjskich).


'NON OMNIS MORIAR'

Twórca krajobrazu Lanzarote zamieszkał w domu w korycie wyschniętego potoku Taro de Tahiche. Parter budynku wkomponował w naturalne skalne jamy - wulkaniczne pęcherze - powstałe po erupcji. Obecnie mieści się tam fundacja jego imienia.

Manrique zmarł w roku 1992 w wypadku samochodowym niedaleko własnego domu.

Jego miłość do ojcowizny i styl nadały całej wyspie unikatowy charakter podziwiany przez setki tysięcy turystów rocznie. Choć ograniczenia budowlane i narzucony kolor elewacji domów nie wszystkim może się podobać, myślę że niejeden region mógłby pozazdrościć Lanzarote tego minimalizmu. Czasem jeden architekt jest lepszym rozwiązaniem niż cała ich rzesza. Tworząc ten wpis co jakiś czas wyglądam przez okno - przede mną stoją dwa ponure (choć pomalowane) wieżowce i kilka niskich bloków. Gdzieś między nimi przebija się czerwono-biały komin elektrociepłowni - fabryka chmur. Chciałabym teraz wrócić na Wyspy Kanaryjskie, moje Wyspy Szczęśliwe.

Nie da się ukryć, César Manrique to więcej niż artysta. Pamięć o nim przetrwa setki lat, a Lanzarote na zawsze będzie czuć jego obecność.

lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop

lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop

lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
U stóp wulkanu - widok na Park Narodowy Timanfaya z innego wulkanu (przy plaży).
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
spanie w namiocie lanzarote, wyspy kanaryjskie autostop
Chyba nie do końca wpisałyśmy się w architekturę wyspy z naszym nie-białym namiotem. ;)
lanzarote białe domy, białe budynki, cesar manrique, wyspy kanaryjskie, autostop
______________________________________________

Hej, Czytelniku!
Jeśli doceniasz moją pracę i czas poświęcony na tworzenie bloga, wyłącz proszę AdBlocka na stronie Podróże za jeden uśmiech. Skromny dochód z reklam pozwoli mi na dalsze utrzymanie strony, a może i nawet starczy jeszcze na miskę wietnamskiego ryżu. ;)

Jeśli wpis się podobał, polub go lub podaj dalej na Facebooku!

Wyspy Kanaryjskie za 10€ - Arrecife.

Połowa grudnia. Na nogach mam japonki, a gdzieś 4700 kilometrów dalej - niedokończoną inżynierkę. Och. Zatapiam stopy w miękkim piasku, przebieram go palcami, teatralnie przewracam się w tej ogromnej piaskownicy i turlam jak dziecko w kierunku morza. Siadam po turecku, otrzepuję włosy i z niedowierzaniem wpatruję się w chowające się za horyzontem czerwone słońce.  Jedyne czego mi teraz do pełni szczęścia potrzeba, to opierdzielić paczkę kabanosów, którą mam w plecaku.

Taaaak. Dolecieć tu za 9.99euro było chyba moim największym życiowym wyczynem.

Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, autostop
Tak tak! Takie kolory bez obróbki!
Lotnisko na Lanzarote. Dwie na co dzień uwięzione przez studia autostopowiczki, które swoją drogą wcześniej się nie znały, wybiegają głównym wejściem. Przed chwilą spały w namiocie rozbitym w deszczowo-śnieżnej plusze pod Paryżem, a teraz widzą tyle gorącego słońca - to dziwne, bo mamy środek grudnia! Rzucają plecaki na chodnik, zrzucają zimowe ubrania, zakładają sandałki i przez dobre pół godziny robią sobie zdjęcia z kaktusami.

Ach te dziewuchy i ich wakacyjny entuzjazm. Naprawdę można się tak cieszyć na widok lotniskowego zielnika?



Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, autostop, spanie w namiocie


12 grudnia 2015, sobota.
DZIEŃ PIERWSZY
Pierwszy autostop na Kanarach to bułka z masłem. Zresztą jak mogłoby być inaczej, skoro łapią go dwie dziewczyny? Po wyjściu z lotniska wystawiamy kciuk i już po chwili jedziemy do Arrecife - stolicy Lanzarote, oddalonej może o 5 km. Wysiadamy na plaży i szukamy butelkowanej wody. Jak to zwykle w Hiszpanii bywa, nikt nie pracuje - wszystkie sklepiki są pozamykane. Dziwne uczucie - nie pijesz nic przez cały czas odprawy, przez cały lot, łapanie stopa, czyli łącznie z pół doby. Nie pijesz tak długo, że aż przestaje ci się chcieć pić (no, u mnie emocje często sprawiają że zapominam, że trzeba jeść, nawadniać się i systematycznie oddychać).

W zasadzie o miejscu w którym się znalazłyśmy nie wiemy nic oprócz tego, że jest tu ciepło i są wulkany. Podróż z założenia miała być bez planu, więc decydujemy się po prostu zaopatrzyć w trochę egzotycznego prowiantu i urozmaicić nim suche bułki i kiełbasę przemyconą z Polski. Kolacja na plaży przy zachodzącym słońcu z piękną nieznajomą? Brzmi ekstra!
Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, autostop, arrecife
Arrecife liczy sobie nieco ponad 50 tys. mieszkańców, czyli nawet mniej niż Pabianice. Mimo wszystko widać, że to tu toczy się życie. W końcu to tutaj jest Burger King, Ikea, duże centra handlowe i wszystkie inne oznaki zachodniej cywilizacji. Swoją drogą, jeśli ktoś się uczy hiszpańskiego, to 'arrecife' znaczy po prostu rafa. A może nie po prostu, bo czarne skały wulkaniczne kilkaset lat temu broniły mieszkańców miasteczka i rybaków przed napadami piratów.

Kolacja na plaży.
Wybacz dziekanie, wyjeżdżam w pilnych sprawach!


Dlaczego wszystkie budynki są białe? O tym opowiem Wam następnym razem. :>

Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, autostop, arrecife, spanie w namiocie


Morska bryza przyjemnie chłodzi rozgrzaną zwrotnikowym słońcem twarz. Miasto rozświetlają już tylko uliczne latarnie i gdzieniegdzie poustawiane gigantyczne choinki. Przybyłyśmy na Lanzarote świetnie przygotowane: mamy kuchenkę turystyczną (po kulinarnych popisach na Majorce pokochałam gotowanie w podróży). Butlę gazową bez problemu można kupić w dużym markecie Dino przy wylocie z Arrecife; koszt to bodajże 5 euro.

Oprócz tego Ewelina wzięła ze sobą sprzęt do robienia gigantycznych mydlanych baniek (wtedy nie wiedziałam jak to się robi - pół roku później zbijałam na tym hajs w Wietnamie). Mamy ze sobą też, adekwatnie do miesiąca, świąteczne czapki z pomponami. W supermarkecie rzucamy się jak głupie na figi, lokalne ciasteczka i świeże, egzotyczne owoce. Spacerujemy po sklepie i wybieramy śniadanie spośród 2638625 dostępnych rodzajów oliwek. Dookoła rozbrzmiewają bożonarodzeniowe hity. W krótkim rękawku i sandałkach roześmiane śpiewamy 'Let it snow, let it snow, let it snow!'. Czy ktokolwiek tutaj rozumie sens tej piosenki?

NOCLEG W RUINACH
Maps.me to rewelacyjna aplikacja której używałam zarówno na Kanarach, jak i w Azji. Pokazała mi ją Ewelina która, jak się okazało, zmysł orientacji w terenie ma na podobnym poziomie co ja. Ponieważ było już zupełnie ciemno a my byłyśmy nadal w mieście, postanowiłyśmy przejść kawałek w stronę wylotówki i znaleźć miejsce na namiot. Dość szybko wylądowałyśmy na głównej, ruchliwej nawet w nocy drodze, która łączyła się wielkimi ślimakami, rozjazdami i wiaduktami z innymi drogami. Teren nie był zbyt bezpieczny ani na rozbijanie namiotu, ani na nocne przechadzki.

Na szczęście nasza aplikacja szybko pokierowała nas do niewidocznego dla nas wcześniej miejsca, które znajdowało się poniżej drogi i nie prowadziła do niego żadna ścieżka - mimo że zbieganie po stromym zboczu nie należało do najprzyjemniejszych, miałyśmy świadomość, że tu przynajmniej jesteśmy niewidoczne i nikt do nas nie przyjdzie. A miejsce na rozbicie namiotu wybrałyśmy nie byle jakie - na mapie oznaczono ją tajemniczą etykietką: RUINY.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Azji: Szczepienia.

Dlaczego wyjazd do Azji to droga impreza już na starcie, czym są meningokoki i dlaczego można mieć to w dupie oraz wszystko to, co do tej pory udało mi się ustalić na temat 'jak nie umrzeć w mękach w Wietnamie' - druga część relacji z przygotowań do podróży. Zaczynamy!

Dalsze losy 'Podróży za jeden uśmiech'.

Nic nie publikuję, rzadko odpisuję na wiadomości i nie chwalę się ostatnią podróżą. Właśnie mija miesiąc od mojego powrotu - chyba najwyższa pora, żeby się pozbierać i wrócić do świata żywych.


Było to dosyć dawno, ale jak dziś pamiętam swoją pierwszą rozmowę z kolegą, który wrócił z dwuletniej podróży autostopem. Wszyscy czekali na niego i jego opowieści z nieopisaną ciekawością i radością, ale po pierwszych relacjach i kilku głębszych spłynęła maska uśmiechu i okazało się, że nasz kolega to zombie. Uśmiechał się tylko przez pierwsze 3 minuty rozmowy a później zawsze wbijał wzrok w ziemię i widać było, że coś go męczy. Wydawać by się mogło, że po tak długich i ciekawych wakacjach ludzie wracają zregenerowani czy nawet stęsknieni. Niestety, dla tych z naturą włóczęgi, powrót do rzeczywistości to totalny zjazd. Pewnie trochę ciężko to zrozumieć, bo niby co może męczyć po kilkumiesięcznych wakacjach? Ja już wiem. Jak latasz wysoko, to i gleba musi boleć bardziej. Zawsze uważałam, że powrót z podróży autostopem - beztroskiej, przyjemnej, przywracającej wiarę w ludzi, jest jak kac. Tym razem po powrocie przez pierwsze dwa tygodnie czułam się jak po odstawieniu mefedronu.

POWRÓT. OSIEDLENIE.
Breaking news. Wbrew temu, co pisałam we wrześniu, szukam pracy. Takiej poważnej, normalnej, w zawodzie (skoro już jestem tym inżynierem, to może na coś to spożytkuję?). Dziwnie mi, po pięciu miesiącach w trampkach i trekach przerzucić się na spódnicę, koszulę i szpilki.

Zaliczyłam ósmą przeprowadzkę w ciągu roku, w którym 4 miesiące spędziłam za granicą (tak, wychodzi średnio przeprowadzka co miesiąc). Życie upchane w pudłach, których nigdy nie zdążam nawet rozpakować, jest naprawdę ohydne. Przygnębiające.

"Dokąd to znowu?"

Do tego wydarzyło się mnóstwo rzeczy, które zatrzymują mnie chwilowo w Łodzi. Stąd też się zresztą tu wzięłam - tak, chciałam się szlajać po Wietnamie dłużej. Rok, półtora, dwa. Ale czasem okazuje się, że jesteś bardziej potrzebny bliskiej ci osobie.

Możecie mi nie uwierzyć, ale przekładanie czyjegoś szczęścia nad swoje może stać się najpiękniejszą rzeczą na świecie.

Niektórzy mówią na to 'miłość'.

La, la, la, la, take me home.


BLOG - PRZEBUDOWA.
Ostatnio więcej czytam niż piszę, co dało mi dużo radości i otworzyło oczy. Zachwycił mnie minimalizm i estetyka, a później ze smutkiem odkryłam, że mój blog jest ich przeciwieństwem. W ankiecie większość z was przyznała, że liczy się treść, ale któregoś piękniejszego dnia uznałam, że biorę się za gruntowną przebudowę strony i planuję to zrobić w 100% sama. Mam nadzieję, że tym razem mój HTML i CSS naprawdę was zachwyci.

Mam też fioła na punkcie kilku innych rzeczy, niż tylko podróże. Tym też planuję zacząć się dzielić. Chciałabym, żeby ta strona była kompleksowa, obejmowała coś więcej niż notatki z podartych kartek wyjazdowego pamiętnika czy przestarzałe poradniki sprzed 4 lat (MATKO, już tyle bloguję?!). Mam mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej motywacji. I mam nadzieję, że również wystarczająco zapału i umiejętności.

I, co dla mnie ważne, chciałabym zacząć zarabiać na blogu. Tak, pewnie większość z was się zdziwi że nie zrobiłam tego wcześniej, ale prawda jest taka, że tak właściwie to nigdy mi na tym nie zależało - pisałam bo lubiłam i uważam to za swoją pasję. Przekonałam się jednak, że jeśli wkłada się w coś dużo pracy i serduszka, to jakaś drobna nagroda się za to należy. Zwłaszcza, że utrzymanie domeny już nie jest za jeden uśmiech. Jeśli więc kibicujecie 'Podróżom...' i doceniacie moją pracę, wyłączcie AdBlocka na tej stronie (to jest jedno kliknięcie - znajdziecie je obok paska z adresem strony). Starałam się przefiltrować reklamy i mam nadzieję, że nie wyskoczą wam tu obrazki z Viagrą.


AZJA 2016 - RELACJA.
Proszę bez oburzenia, ale wpisów raczej nie będzie. Naprawdę piszę książkę i naprawdę nie wiem, co z tego wyjdzie. Bardzo sceptycznie podchodzę do książek pisanych przez blogerów, bo to najczęściej straszne gnioty pełne kolokwializmów, wulgaryzmów i lania wody, które co prawda świetnie czyta się w wirtualnej przestrzeni, ale niekoniecznie na papierze. Ja mogę tylko obiecać, że moja książka będzie zajebista i zupełnie inna niż to, co piszę do tej pory - i może to być problemem, bo prawdopodobnie zanim ją skończę, będę się sto razy zastanawiała, czy jest tak dobra, jak sobie wymarzyłam. W związku ze skróconym pobytem w Azji, prawdopodobnie obejmie też kolejną podróż.

W międzyczasie chcę dokończyć relację z Kanarów i innych wyjazdów. Jeśli macie jakieś sugestie to podpowiedzcie mi, o czym chcecie czytać.


OSIEDLENIE II
W tym całym bałaganie, zmianie planów i próbie ułożenia wszystkiego na nowo myślałam nawet przez chwilę o zakończeniu prowadzenia bloga i podjęłam ku temu delikatne kroki: porzuciłam go na jakiś czas. Ale nie oszukujmy się - jeśli robisz coś przez 4 lata regularnie, ciężko tak nagle przestać.

A jeśli do tego to coś sprawia ci radość, to w sumie dlaczego przestawać?

Opuszczone w Kambodży. Bokor Hill Station - miasto duchów.

Bokor Hill Station nazywany jest miastem duchów. Nic dziwnego, skoro opuszczone budynki liczą sobie niespełna 100 lat, wszystkie otulone są pełznącymi po zboczach chmurami, a przy ich budowie życie straciło ponad 900 osób.



Za czasów kolonizacji Kambodży na wzgórzu wychodzącym na Zatokę Tajlandzką, powstał francuski resort obejmujący hotel, salę balową, kasyno, pocztę, a nawet mały katolicki kościół. To było sto lat temu. W 1940 roku ośrodek został porzucony po raz pierwszy z powodu I wojny indochińskiej, kiedy to sąsiedni obecnie Wietnam próbował wyzwolić się spod francuskiej kolonizacji. Po latach resort został zaadaptowany przez Czerwonych Khmerów - na szczęście nie na długo. Po ponownym opuszczeniu planowano jego odbudowę, jednak bardziej opłacalne okazało się zainwestowanie pieniędzy w nowy kompleks.

CZWARTEK. DZIEŃ 57.
Góra Bokor znajduje się na terenie Parku Narodowego Preah Monivong na południu Kambodży. Po dwóch miesiącach autostopu i poruszania się wszędzie pieszo, postanawiamy ten jeden jedyny raz stać się trochę bardziej zmotoryzowani. Wyruszamy  więc koło południa z nadmorskiej miejscowości Kampot na wypożyczonym za 3$ skuterze. Do celu mamy około 40km, czyli włączając nasze gubienie się po mieście i przejazd w obie strony, mamy do zrobienia około stu kilometrów. Piękną białą Hondę, która pojemnością zalicza się już w sumie bardziej do motocykli, tankujemy trzema dużymi butelkami po Coca-Coli. Bo w Kambodży większość 'stacji' to zardzewiała ławeczka gdzieś przy drodze z poustawianymi szklanymi butelkami po różnych trunkach. Około 1,5l takiego paliwa to koszt 3zł.

Wiatr przyjemnie chłodzi, droga jest prawie pusta, a widoki i spokój cieszą oczy. Za wjazd na teren parku narodowego należy zapłacić 0.5$. Pnące się pod górę serpentyny, naprawdę niezły asfalt i bujna roślinność dookoła z pewnością zachęcą każdego roweromaniaka do przejażdżki. Mi wystarcza fakt, że jestem pasażerem i zamiast skupiać się (jak przez całe swoje życie...) na tym, żeby się nie wypierniczyć, mogę beztrosko rozglądać się dookoła. Czuję jak z każdym metrem klimat zmienia się coraz bardziej, a do tego im wyżej jesteśmy, tym lepszy widok na morze i rozciągające się dookoła pola.

ZWIEDZANIA NIE BĘDZIE!
Nie obyło się oczywiście bez przygód, kiedy to w połowie drogi złapaliśmy flaka. Wlokąc się pod górę jeszcze kilkanaście kilometrów, spytaliśmy strażnika o najbliższy warsztat. Mając świadomość że nikt normalny nie prowadzi warsztatu w parku narodowym w drodze do opuszczonego miasta, liczyłam się z tym, że nasza przygoda pewnie skończy się na powrocie do Kampot i nici z eksploracji kolejnego opuszczonego miejsca. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że 2km dalej znajdziemy chłopaka, który naprawi nam oponę za 2 dolce...

Na łataniu opony dość nietypowymi metodami straciliśmy trochę czasu, ale może to i lepiej? Dzięki temu na skałę nad urwiskiem tonącym w morzu chmur trafimy dokładnie o zachodzie słońca.

GHOST TOWN
Musicie wiedzieć, że niedaleko 'miasta duchów' wybudowano nowy hotel i kasyno - mijamy więc nowoczesny kompleks i po kilku kilometrach wjeżdżamy na teren opuszczonego miasta. Mijamy kilka mniejszych, porzuconych budynków. 'Zakaz wejścia'. 'Grozi zawaleniem'. 'Zakaz spania i przebywania tu w nocy'.


Główny budynek służył za plan filmowy City of Ghosts i R-Point. Choć żadnego z nich nie widziałam, pierwsze spojrzenie na długo utkwi mi w pamięci. W pierwszej chwili nie widziałam niczego, bo przed nami w ułamku sekundy roztoczyła się taka mgła, że momentalnie zatrzymaliśmy skuter. Chwilę później zorientowałam się że to nie mgła tylko chmury, z trudem wdrapujące się na wzgórze i szybko się z niego ześlizgujące. Lekki powiew chłodnego wiatru i voila! Zza szarej zasłony wyłonił się wyniszczony przez czas budynek.

I choć to miejsce nie jest wcale nieznane backpackerom, na miejscu czasem można spotkać innych turystów a nam osobiście nie starczyło czasu, żeby odkryć wszystkie budynki i tak wierzę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Ale uwaga! Radosne hasanie może się źle skończyć. Wyniszczony niedawnym wojnami Kambodża to jeden z najbardziej zaminowanych krajów świata. Szacuje się, że do usunięcia zostało jeszcze 5 milionów min. Każdego miesiąca dokonuje się kilkuset amputacji. Z zastanowieniem patrzę na szlaban oznajmiający, że to już koniec drogi. Bo za nim widać jeszcze jakieś ruiny. Czy gdybym miała więcej czasu, zdecydowałabym się tam pójść?


POŻEGNANIE
Niedaleko szlabanu znajduje się urwisko. Patrząc z jednej strony na opuszczone budynki, z drugiej na tonące w morzu chmur zachodzące słońce, czuję się jak w samolocie. Radośnie wierzgam nogami nad przepaścią i przyglądam się ginącym w ciemnych obłokach paprociom i kambodżańskiej roślinności.

Wiatr lekko mną wzdryga. Aż ciężko uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu było 40 stopni w cieniu. Z jednej strony tutejszy klimat powinien być w pełni zrozumiały, w końcu resort na ponad tysiąc metrowym wzgórzu miał być właśnie ucieczką od morderczych upałów Kambodży. Z drugiej jednak strony ciężko jest po dwóch miesiącach autostopu w Azji nie odczuć lekkiego zimna, które w zestawieniu z upiornym krajobrazem spowitym mgłą sprawia, że zaczynam rozumieć: wiele osób twierdzi, że rozlana dookoła szarość nadająca klimatu grozy to nie chmury, a duchy ludzi, których życie poświęcono dla europejskiej rozrywki.

Ghost Town, przyjadę do ciebie też w nocy.

_____________________

Czytasz bloga regularnie? Wyłącz proszę AdBlocka na stronie Podróży za jeden uśmiech. Skromny dochód z reklam pozwoli mi na dalsze utrzymanie strony, a może i nawet starczy jeszcze na wietnamską miskę ryżu. :)

Jeśli wpis się podobał, udostępnij go na Facebooku!

--> więcej opuszczonych miejsc znajdziesz tutaj
--> relacja z podróży na bieżąco tutaj

.